poniedziałek, 29 marca 2010

3.CZAS WOJNY (Okupacja niemiecka)


POD OKUPACJĄ NIEMIECKĄ

Choć Rosjanie opuścili miasto, nie dało się zapomnieć o ich niedawnej obecności. Na jakieś dwa dni przed wkroczeniem Niemców zaczęły krążyć po mieście ponure pogłoski, że coś niedobrego dzieje się w więzieniach. Niebawem okazało się, że nie były one bezpodstawne. Po wybuchu wojny z Niemcami nastąpił chaos w urzędach i instytucjach kierowanych przez Rosjan. Wielu z nich zaczęło w panice wyjeżdżać ze Lwowa. W pewnym momencie uciekła nawet straż więzienna. Nieliczni więźniowie, zorientowawszy się w sytuacji, zdołali uciec. Do nich należał Staszek Węglarz. Przywlókł się do domu wynędzniały, lecz szczęśliwy z odzyskanej wolności. Władze sowieckie opanowały jednak częściowo zamieszanie i straż więzienna wróciła. W tych ostatnich dniach swej bytności w mieście Sowieci aresztowali wielu ludzi, których potem mordowali w piwnicach więzień. Gdy odór rozkładających się ciał rozszedł się po mieście, Niemcy otworzyli bramy więzień. Wtedy znaleziono w piwnicach zmasakrowane ciała. Szczególnie tragiczne żniwo działalności NKWD odkryto w więzieniu na ulicy Łąckiego. Tam, nieszczęsny ojciec znalazł wśród stosu trupów ciało swej córki, kilkunastoletniej harcerki, jednej z drużynowych, Kasi Jagniewskiej. Jej pogrzeb stał się manifestacją młodzieży Lwowa.
Społeczeństwo nie zdołało się jeszcze otrząsnąć po tym strasznym odkryciu, gdy rozeszła się nowa wstrząsająca wiadomość o potwornej zbrodni dokonanej tym razem przez Niemców. 4-go lipca 1941 roku, a więc zaledwie kilka dni po zajęciu miasta, rozstrzelano na Wzgórzach Wóleckich 24 profesorów wyższych uczelni. Ojciec przeżył ciężko tę tragiczną śmierć ludzi w większości dobrze mu znanych z uczelni lub posiedzeń Polskiej Akademii Umiejętności, której był członkiem. Te i poprzednie przeżycia nadwerężyły w widoczny sposób jego zdrowie. Śledził przebieg wojny i bardzo się nim przejmował. Chcąc oderwać się od ponurej rzeczywistości uciekał w świat swego dzieciństwa. Podjął na nowo zaczętą niegdyś i potem przerwaną pracę nad rodzinną genealogią. Powyciągał zgromadzone dawniej różne metryki urodzenia, ślubów, stare papiery majątkowe i inne dokumenty, które służyły mu do stworzenia genealogii bliższej i dalszej rodziny. W pogodne dni wiele godzin spędzał w ogrodzie. Czasem towarzyszyła mu Ewa. Tkwiąc myślami w dawnych czasach opowiadał wtedy córce o swoim dzieciństwie. Sięgał pamięcią do swoich dziadków. Szczególnie miło wspominał dziadka Adama Widajewicza, ojca swojej matki. Uczył on małego Benia wierszyków i piosenek oraz pięknie opowiadał bajki, które tato zapamiętał na całe życie. Wierzył w zdolności wnuka i przepowiadał mu wielką przyszłość. Pradziad Adam Widajewicz ożenił się z młodą wdową Julią Złonkiewiczową z domu Mir. W rodzinie Kańskich przechował się portret prababci Widajewiczowej pędzla Henusza z podpisem: portret księżnej Mir. Nie wiadomo, czy z tego powodu panowało w rodzinie przekonanie, że była wysokiego rodu. Tato nie potwierdzał jednak tego
Prababcia Widajewiczowa cieszyła się, jak to określał, wielką estymą u swego męża i dzieci. Tato zapamiętał, że zawsze miała w ręku jakąś robótkę. W kieszeni sukni trzymała woreczek ze ślazowymi cukierkami, które hojnie rozdawała wnukom. Panował w tej rodzinie szczególny zwyczaj. Gdy dzieci pradziadków zjeżdżały się przy jakiejś okazji, każdy stawiał na stole szkatułkę, w której trzymał prezenty i pamiątki otrzymane od matki. Może były to właśnie te robótki, z którymi nigdy się nie rozstawała? Pokazywano je sobie wzajemnie wspominając, kiedy zostały ofiarowane. Potem całowano je z namaszczeniem i chowano z powrotem do skrzyneczki. Był to niespotykany, ale miły przejaw szacunku i miłości do matki. Adamowie Widajewiczowie na starość zamieszkali u swego syna Bolesława, właściciela Wołcniowa i Demenki Podniestrzańskiej, tak często z sentymentem wspominanej przez Ewę z wakacji. Żyli dość długo i umarli jedno po drugim w tym samym roku. Pochowani zostali we wspólnym grobie na cmentarzu wiejskim w Wołcniowie.

Julia Widajewiczowa, babcia Benedykta Fulińskiego


Karol Fuliński. ojciec Benedykta

O rodzicach swoich wyrażał się ojciec z najwyższym szacunkiem i miłością. Był im wdzięczny za to, że pomimo bardzo skromnych środków materialnych starali się zapewnić mu jak najlepsze warunki do kształcenia. Gdy był w okresie gimnazjalnym posiadali w Stanisławowie mały dom czynszowy. Tam, najpiękniejszy pokój urządzili z wielką starannością dla syna. Mieli go w domu już tylko jednego, bo córka Karolina, wyszedłszy bardzo młodo za mąż za Kazimierza Strzetelskiego, opuściła dom rodziców. Kilkunastoletni Benek, chcąc ulżyć choć trochę rodzicom, dawał korepetycje, jak to określał "okolicznym żydkom". Już jako chłopiec odznaczał się pomysłowością i inicjatywą, jak twierdził zarówno w dobrym jak w złem, o czym miała świadczyć sławetna wyprawa na tratwie zakończona tak niefortunnie. W swoim pokoju organizował kółka samokształceniowe z kolegami. Chłopcy pogłębiali wiedzę z zakresu biologii, geografii i historii, ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Polski. Kraj był wtedy rozdarty na trzy zabory i znaczniejszą wiedzę o swojej ojczyźnie można było zdobyć nie w gimnazjum, lecz dokształcając się w domu. To zamiłowanie do historii, zwłaszcza kraju ojczystego, pozostało w nim na zawsze. Babcia Julia Adelajda Fulińska nie była kobietą tak wykształconą, jak babcia Wanda Hauserowa. Miała jednak żywą inteligencję, wielką ciekawość świata i głód wiedzy. W czasie tych zebrań lubiła usiąść w kąciku pokoju z robótką w ręku i przysłuchiwać się referatom i dyskusjom chłopców. Potem rozmawiała o tym z synem, który przekonał się, jak wiele korzystała poszerzając swoją wiedzę. Ojciec Taty też nie miał znaczniejszego wykształcenia. Nie wiadomo nawet, czy ukończył jakieś szkoły. Mogło być to wskutek zaniedbania - był przecież półsierotą od drugiego roku życia. Tato stwierdził tylko, że poprawnie pisał zarówno po polsku, jak po niemiecku. Jego ojciec natomiast, pradziadek Józef Fuliński, figurował w rejestrach Uniwersytetu Lwowskiego, co udało się stwierdzić przy kompletowaniu rodzinnych dokumentów. Dziadek Karol kochał niezmiernie syna, ufał jego zdolnościom i był przekonany, że osiągnie wysokie wykształcenie i pozycję. Niestety, jedynie Babcia doczekała doktoratu Tata. Umarła po dłuższej chorobie, krótko po ślubie rodziców w ich domu. W Mamie znalazła troskliwą opiekunkę i pokochała ją jak córkę.
Niekiedy schodził do ogrodu z górnego mieszkania profesor matematyki Hugo Steinhaus. Będąc żydowskiego pochodzenia czuł się niepewnie i przemykał się ostrożnie po ścieżkach do darniowej ławeczki ukrytej w zieleni. Tam prowadzili z ojcem długie rozmowy. Mieszkający na piętrze profesor Leon Chwistek w trzy dni po wybuchu wojny między Niemcami a Sowietami uciekł na wschód. Był przekonany (zapewne słusznie), że Niemcy aresztują go, gdyż pisywał przed wojną antyhitlerowskie artykuły do pism. Żona Chwistka była siostrą Steinhausa. Przebywała w tym czasie u swojej córki Aliny Dawidowiczowej w Borysławiu. Mieszkanie Chwistków było więc puste. Steinhaus, w dwa dni po wkroczeniu Niemców, uciekł z własnego mieszkania i zamieszkał na górze z żoną i matką staruszką. Niemcy od razu wprowadzili nakaz noszenia przez Żydów opasek z gwiazdami na rękawach. Rodzina Steinhausów nie zastosowała się do tego. Ich obecność w domu nie mogła jednak ujść uwagi sąsiadów. W końcu pewien Ukrainiec mieszkający kilka domów dalej zaczepił Stefana i spytał, kto teraz przebywa w mieszkaniu profesora Chwistka. Stefan odpowiedział, że jacyś jego krewni. Był to alarmujący sygnał. Steinhausowie postarali się o lokum na prowincji i zaopatrzeni zostali w fałszywe papiery. Brakowało tylko dokumentów dla staruszki. Wtedy Ojciec wyciągnął metrykę swojej matki i ofiarował ją pani Steinhausowej. Napisał o tym profesor Steinhaus w swoich pamiętnikach („Wspomnienia i zapiski”- str. 231) i Alina z Chwistków Dawidowiczowa w książce wydanej wiele lat po wojnie pod tytułem "Zeschnięte liście i kwiat ".
Codzienne życie w pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej było bardzo ciężkie. Brakowało żywności i pieniędzy. Jacek wpadł na pomysł wykorzystania wspaniałych owoców,jakie właśnie zaczęły dojrzewać w ogrodzie. Wzięli razem z Ewą duży kosz pełen półkilogramowych tubek soczystych ogromnych renglod i dojrzewających gruszek klapsów. Stanęli na rogu ulicy Kochanowskiego i jednej z bocznych. Szybko zdobyli trochę grosza. Potem Jędrek i Jacek pracowali. Jacek dostał nawet nieźle płatną pracę w firmie budowlanej pewnego Austriaka. Z początku jednak nie było pieniędzy nawet na chleb. Chodziło się na tak zwane w gwarze lwowskiej "Krakidały" i sprzedawało się tam różne rzeczy z domu, żeby przeżyć. Za Teatrem Wielkim rozciągała się dzielnica zamieszkała przed wojną głównie przez Żydów. Tam właśnie był plac targowy krakowski, czyli wspomniane "Krakidały". Wyjeżdżało się też za miasto na wiejskie targi, aby kupić trochę mąki, jajek, słoniny. Raz Stefan z Wojtkiem przywieźli prócz innych produktów żywą gęś. Miała za parę dni pójść na rożen. Tymczasem okazało się, że pisane jej było dłuższe życie. Ojciec w tym czasie spędzał całe dnie w ogrodzie. Był to okres spadów jabłek. Tato podnosił je z ziemi, odkrawał scyzorykiem małe kawałki i podawał gęsi. Ptaszysko nie opuszczało go ani na chwilę. Gdy spacerował po ścieżkach ogrodu, majestatycznie kroczyło za nim. Już drugiego dnia, gdy poszedł na obiad, usłyszawszy jego głos przez otwarte okno jadalni, gęś rozpostarła skrzydła i z głośnym gęganiem usiłowała wzlecieć za nim do pokoju. Od tego czasu zostawiał na darniowej ławeczce swój płaszcz, który zwykł był nosić w ogrodzie. Gęś siadała przy nim i czekała włożywszy głowę pod skrzydło. Towarzyszyła Ojcu przy wszystkich czynnościach ogrodowych. Gdy odszedł na dłużej, przechodziła zazwyczaj przez dziurę w płocie do małego, bardzo zaniedbanego, porośniętego bujną trawą ogródka sąsiedniego domu i szczypała soczyste przysmaki. Mama rozglądając się za nią od czasu do czasu z balkonu wołała: - Gęś, gdzie jesteś? – Gę, gę, gę – odzywało się ptaszysko unosząc głowę wysoko ponad chwasty. Jesień miała się już ku końcowi i nadszedł kres szczęśliwego życia sympatycznego stworzenia. W nadchodzące mrozy nie było gdzie trzymać gęsi, ani jak jej żywić, więc chłopcy zdecydowali, że czas już zrobić z niej pieczeń i wykonali wyrok. Ojciec nie chciał o tym słyszeć i schował się w swym gabinecie. Nie zszedł nawet w tym dniu na obiad stwierdziwszy: - Nie będę jadł przyjaciela. Ewa też zrezygnowała z posiłku. A podobno pieczeń była znakomita. 
Przez cały czas sowieckiej okupacji nie kupowało się żadnych nowych ubrań. Te stare poniszczyły się znacznie. Zwłaszcza Ewa trochę wyrosła i kupiony jeszcze przed wojną szkolny płaszczyk był przykrótki, rękawy sięgały powyżej nadgarstków, brzegi wytarły się, a granat wypłowiał. Wojtek dowiedział się od kogoś, że na ulicy Krakowskiej funkcjonuje jeszcze krawiecka spółdzielnia żydowska dokonująca tanio przeróbek odzieży. Mieli na to bardzo mało pieniędzy, więc wraz ze swoimi płaszczami zabrali koszyk ogrodowych owoców i wręczyli jako zadatek. Ewa nigdy nie była w domu zamieszkałym przez ortodoksyjnych Żydów i wydawało jej się, jakby zrobiła egzotyczną wycieczkę. Przez mroczną sień i strome drewniane schody, tak stare, że w deskach wyżłobione były stopami wgłębienia, weszli do pracowni. Mieli wrażenie, że znaleźli się w jakimś muzeum rękodzielniczym. Pod oknami stało rzędem kilka maszyn do szycia - wydawało się, że jeszcze z ubiegłego stulecia. Siedzieli przy nich sami mężczyźni, brodaci, w jarmułkach na głowach, w czarnych chałatach, z opaskami, na których wyszyte były pięcioramienne gwiazdy. Porozumiewali się szeptem, tak że w pomieszczeniu panowała cisza. Słychać było tylko stukanie maszyn. Ta cisza zrobiła na Ewie przykre wrażenie. Nie stykała się ze środowiskiem żydowskim prawie wcale, lecz kojarzyło się jej ono zawsze z hałaśliwością i wielką ruchliwością. Przodkowie tych ludzi wywodzili się przecież z Azji, zachowali więc bazarowy sposób bycia. Teraz, zapewne wskutek zalęknienia, zachowywali się całkiem odmiennie. Do wchodzących zwrócił się stary brodaty Żyd. Gdy powiedzieli, o co im chodzi i postawili koszyk owoców na wielkim stole krojniczym, zaczął bardzo dziękować. Ewa zapamiętała sobie jego słowa wypowiedziane z charakterystycznym żydowskim akcentem. – Mam córkę w wieku panienki, bardzo chorą. Ucieszy się jak przyniosę jej owoce. Twierdził, że nie zależy im tak na pieniądzach, jak na lepszym jedzeniu, gdyż nie mają nawet gdzie kupić takich owoców. Przy próbach i odbiorze prócz zapłaty rodzeństwo znowu przyniosło owoce i bochenki chleba. Żydzi byli świetnymi krawcami. Płaszczyk Ewy został przenicowany i przedłużony. Nosiła go do końca wojny. Niedługo potem Niemcy odgrodzili murem getto. Zginęło w nim około 150 tysięcy osób. Potem powstał jeszcze ogromny obóz Janowski, w którym poniosło śmierć około 700 tysięcy ludzi. Prócz Żydów, ginęli tam Polacy, Ukraińcy, sowieccy jeńcy, a nawet żołnierze włoscy, wymordowani po odstępstwie marszałka Badoglio. Gdy Niemcy palili w getcie stare domy (być może z ludźmi), zabytkowe bożnice, nad miastem snuły się przez wiele dni cuchnące dymy. Ewa nie mogła wtedy pozbyć się myśli o starym krawcu i jego córce.
W domu zastanawiano się, co dalej robić. Uczelnie zostały zamknięte, szkoły średnie także. Młodych dręczyło uczucie traconego czasu. Dość szybko zorganizowane zostały kursy handlowe na wysokim poziomie, bo wykładowcami byli prawie sami profesorowie wyższych uczelni. Młodzież gimnazjalna i studencka gremialnie zapisywała się na te kursy. Uczęszczał na nie także nieznany jeszcze wtedy Ewie, będący już po sowieckiej maturze, Franek Nadachowski. Ewa też zapisała się na te kursy. Mieściły się one w bardzo dużej odległości od domu, bez dojazdu i niektóre przedmioty wydawały jej się obce i bardzo trudne. Na szczęście pojawiła się nowa okazja do dalszego kształcenia się, a mianowicie tajne nauczanie.
 W podziemiu 
 Zmienił się okupant, lecz nie znikła konieczność walki z nim. Jesienią 1941 roku zaczęli przychodzić do Ojca panowie na tajne zebrania. Byli to członkowie organizacji pod nazwą "Walka cywilna". Z Tatem jako przedstawicielem wyższych uczelni omawiali organizację tajnego nauczania, a także inne formy organizacji życia i obrony ludności polskiej we Lwowie pod okupacją niemiecką. Członkowie Walki Cywilnej wydawali pismo podziemne pod tytułem "Wytrwamy". Ojciec uczestniczył też w przygotowaniach do wydawania pisma pod tytułem "Biuletyn Ziemi Czerwieńskiej". Zebrania te i prace zakończyła nagła choroba i śmierć Tata z   końcem zimy 1942 roku.
Jędrek zaczął działać w organizacji pomagającej Żydom. Znajdowali się oni w tragicznej sytuacji. Dotyczyło to także małżeństw mieszanych. Pewnego dnia przyszedł do Jędrka, bardzo zmartwiony, jego starszy kolega ze studiów Zbigniew Tokarski, bratanek profesora Juliana Tokarskiego, przyjaciela Ojca. Był on ożeniony z Żydówką i prosił o jakieś fałszywe papiery (może dla członka rodziny). Zapewne otrzymał je od Stefana, który jeszcze za Sowietów organizował takie dokumenty. Robił to nadal. Kiedyś pokazał Ewie, jak wykonywało się pieczątki na zdjęciach i papierach. Otóż gotowało się jajo na twardo. Na białku odbijało się oryginalną pieczątkę z prawdziwego dokumentu i przytykało jajko do fałszywego. Pieczątka wychodziła jak prawdziwa, tyle,  że nieznacznie bledsza.
Ewa nie straciła kontaktów z harcerkami przez cały czas okupacji sowieckiej, a po wkroczeniu Niemców nasiliły się one znacznie. Zjawiła się nowa drużynowa, inteligentna i interesująca dziewczyna - Halina Jacuńska.Mieszkała też na Tarnowskiego, kilkanaście domów poniżej, tuż przy schodkach prowadzących na ulicę św. Jacka. Nie miała bliskiej rodziny i żyła sama w wynajętym pokoju. Często popołudniami wpadała do Ewy, już na czysto "prywatną" pogawędkę. W ładny czas szły na spacer ulicą Zieloną w górę, aż do lasku Węglińskiego schodzącego w dół ku Pohulance. Przed wojną Halina uczyła się w Liceum Krzemienieckim. Ciekawie o nim opowiadała, a także o swoich przejściach po wkroczeniu bolszewików do Krzemieńca. Przed wywozem uratowała się uciekając opłotkami na dworzec i przyjeżdżając do Lwowa. Ewa chętnie słuchała jej opowiadań o Krzemieńcu, gdyż mając jeszcze 11 lat zachwyciła się tym miastem. Jacek odbywał tam w okresie wakacji praktykę architektoniczną. Reszta rodziny spędzała w tym czasie lato na Kniażynie. Nie było to daleko od Krzemieńca, więc wybrano się w krótkie odwiedziny. Nad miastem wznosiło się wzgórze zwane górą królowej Bony, z malowniczymi ruinami warownego zamku wybudowanego przez tę żonę Zygmunta Starego. Stąd roztaczał się rozległy widok na miasto, zespoły budynków i ogrodów liceum oraz jedyny w swoim rodzaju krajobraz podolski, z szachownicą pól poprzerzynanych głębokimi jarami. W takim to jarze, wyobrażała sobie Ewa, mógł znajdować się chutor Horpyny, w którym trzymała Helenę Kurcewiczówną. Liceum Krzemienieckie miało sławę znakomitej uczelni od dawna, jeszcze wtedy, gdy profesorem w nim był Euzebiusz Słowacki, ojciec poety. Po wojnie wielu wybitnych naukowców, nie otrzymawszy katedr w odradzających się polskich uniwersytetach, wykładało w Krzemieńcu. Do nich należał znajomy Tata, Opolski, znakomity badacz, z którego podręcznika geologii korzystali studenci uniwersytetów. On oprowadzał przybyszów ze Lwowa po pracowniach i ogrodach uczelni. Kształcenie tam odbywało się w systemie pracownianym, a nie klasowym, co, nie tylko na owe czasy, było metodą bardzo nowoczesną. W pięknym parku otaczającym budynki liceum widać było młodych ludzi grających na starannie utrzymanych kortach tenisowych. Tato powiedział, że liceum przypomina bardziej uczelnie amerykańskie czy angielskie niż polskie. Samo miasto było też urocze. Ewa zapamiętała ulicę, wzdłuż której ukryte wśród sadów, przeważnie wiśniowych, bieliły się podobne do siebie domki. Każdy z nich miał mały ganeczek z daszkiem wspartym na grubych kolumienkach, przez co przypominały szlacheckie dworki.
Zbiórki prowadzone przez Halinę miały coś z ducha Liceum Krzemienieckiego. Odbywały się w domu na Tarnowskiego 82, gdyż wydawał się on najbezpieczniejszy. Z początku młodziutkie harcerki zajmowały się różnymi pracami społecznymi, na przykład pomagały siostrom zakonnym w sierocińcu. Potem zorganizowane zostały kursy pielęgniarskie, prowadzone przez lekarza i fachową siostrę. Miało to być przygotowanie na moment wycofywania się Niemców i walk frontowych we Lwowie. Ewa i Danusia Różycka odbywały nawet praktykę pielęgniarską w przychodni lekarskiej dla ubogich, zorganizowaną przez Marysię Wajdówną, narzeczoną Miecia Borodeja. Tam mogły wykorzystać nabyte umiejętności bandażowania i wykonywania prostych zabiegów. Towarzyszyły też chirurgowi jako instrumentariuszki. Dawało to im obu poczucie satysfakcji z przydatności szkolenia, jakie otrzymały, a także zaspokajało ich wewnętrzną potrzebę niesienia pomocy biednym mieszkańcom okupowanego miasta. Na zakończenie odbył się egzamin. Ewie wręczono wojskową torbę pielęgniarską z pełnym wyposażeniem, którą miała zabrać ze sobą i zgłosić się pod wskazany adres w razie walk we Lwowie.
Wiosną 1942 roku Ewa została łączniczką komendantki Chorągwi Lwowskiej ,,Luny" (pseudonim Stefanii Stipal). Wymienia ona Ewę w swych wspomnieniach zamieszczonych w książkach: ,,Harcerki 1939 – 1945" oraz w wydanym w 1988 r. "Leopolis"
Stefania Stipal kierowała także tajnym nauczaniem na terenie Lwowa. Poleciła Ewie zorganizować komplet z zaufanych koleżanek. Prócz Danusi Różyckiej, towarzyszki zabaw i nauki od wczesnego dzieciństwa, Kazi Rutkowskiej, która w późniejszym okresie związana była z domem przez pracę konspiracyjną i Krysi Dutkiewicz, znalazły się w tej grupie na krótko jeszcze inne koleżanki. W późniejszym okresie Luna dołączyła do kompletu Halinkę Żygulską, Zbyszka Tabisza i Adama Bluma. Ostatecznie grupa liczyła 7 osób. Był to jeden z pierwszych kompletów tajnego nauczania w mieście. Lekcje odbywały się przeważnie na Tarnowskiego 82, a potem też u Danusi Różyckiej na Krasińskiego, Krysi Dutkiewicz przy Placu Prusa (dawniej św. Zofii) i sporadycznie u różnych nauczycieli - między innymi w domu pani Stanisławy Uszyńskiej na Kolonii Profesorskiej.

Koledzy z kompletu: Zbyszek Tabisz, Ewa Fulińska, Danusia Różycka

Jako łączniczka Ewa przemierzała wielkie odległości na piechotę lub tramwajem. Miała przy okazji możliwość poznania dzielnic Lwowa, których inaczej pewnie nigdy nie zobaczyłaby. Prócz malutkich złożonych karteczek z nieznanymi jej wiadomościami, od czasu do czasu zanosiła pieniądze dla nauczycieli uczących na tajnych kompletach oraz zaklejone koperty z jakimiś nieznanymi jej dokumentami.
Funkcja łączniczki nie była wolna od ryzyka. W grudniu 1942 roku, krótko przed Bożym Narodzeniem, Ewa dostała polecenie zaniesienia koperty pani Uszyńskiej, nauczycielce historii, mieszkającej na Osiedlu Profesorskim, willowej dzielnicy na Górnym Łyczakowie. Gdy szła beztrosko ulicą wzdłuż ogródków, otaczających stojące luźno domy, zza płotu mijanego ogródka usłyszała głos. – Panienko! Proszę odwrócić się i iść wolno z powrotem w kierunku miasta. Nad ranem Niemcy aresztowali wszystkich w domu pani Uszyńskiej i ją także. Teraz jest tam kocioł. Osoby mówiącej nie było widać. Stała być może za betonowym słupem płotu. Sądząc po głosie była to starsza kobieta. Zapewne widywała młodziutką łączniczkę, która dość często zanosiła wiadomości do pani Uszyńskiej. Ewa obróciła się i przyspieszyła kroku. Nigdy nie dowiedziała się, kto uratował ją być może przed aresztowaniem. Wprost stamtąd pojechała do Stipalówny, aby powiadomić ją o nieszczęściu, jakie spotkało nauczycielkę historii. Otrzymała polecenie nie meldowania się przez następne dni. Panią Uszyńską aresztowano nie w związku z kompletami, lecz została zabrana wraz z ppłk. Smereczyńskim (pseudonim ,,Dąb"), będącym komendantem okręgu lwowskiego AK, który mieszkał w jej willi. Zdarzenie to opisuje Jerzy Węgierski w swej książce ,,W lwowskiej AK"  oraz Stanisław Pempel w publikacji: ZWZ – AK 1939-1945. Stanisława Uszyńska siedziała najpierw w więzieniu na ul. Łąckiego, potem była w obozach w Majdanku i Ravensbrück. Jakoś przeżyła, umarła po wojnie w Krakowie. Jeszcze jedną nauczycielkę utracił tragicznie nasz komplet. Była nią ucząca geografii Anna Mazurkówna, sąsiadka z ul. Tarnowskiego. Siedziała w Oświęcimiu, potem także w Ravensbrück. Ocalała i po wojnie osiedliła się w Kanadzie.
W jesieni 1942 roku Halina Jacuńska przeprowadziła się na ul. Nabielaka, blisko Instytutu Zoologii, dawnego miejsca pracy ojca. Opuściła też grono harcerek z Chorągwi Lwowskiej i zaczęła organizować "Czerwone Harcerstwo" pod patronatem PPS. Pisze o tym Węgierski w swojej książce. Raz przyszła do Ewy z plikiem ulotek, namawiając ją do rozkolportowania ich. Stefan przeczytawszy je powiedział wtedy Halinie, że nikt z naszej rodziny nie może mieć z tym nic wspólnego. Ewie także źle kojarzył się ten "czerwony" kolor
 harcerstwa, więc odmówiła.
Tak to w różnych nurtach przebiegało życie podziemne Polaków we Lwowie. Z czasem nabrało ono w domu na Tarnowskiego większej intensywności i wagi, ale to już całkiem odrębna historia.

Wielka boleść
W zimie Ojciec nie czuł się dobrze. Prawie przestał wychodzić z domu. Śledził przebieg działań wojennych z mieszanymi uczuciami, jak wszyscy. Z jednej strony każdy odczuwał satysfakcję z klęski bolszewików, z drugiej zaś, szybki marsz armii niemieckiej i zajmowanie coraz to nowych obszarów, były przerażające. W grudniu 1941 roku Niemcy znajdowali się już zaledwie 25 kilometrów od Moskwy. Wszyscy byli jednak przekonani, że hitlerowska potęga połamie sobie zęby podczas śnieżnej i mroźnej zimy rosyjskiej. Wierzono, że obaj najeźdźcy wyczerpią się i kraj odzyska niepodległość, oczywiście w pierwotnych granicach. Ojciec był nawet większym optymistą, podkreślając historyczne powiązania Górnego i Dolnego Śląska z Polską. Żegnając się z przygnębionym Steinhausem, powiedział: - Nie martw się Hugo, jeszcze będziesz profesorem we Wrocławiu. Tak też się stało. Ta przepowiednia tak zapadła w pamięć profesorowi Steinhausowi, że przytoczył ją w swych pamiętnikach wydanych wiele lat po wojnie.
Tej zimy Tato, spędzając całe dnie w domu, zagłębił się zgodnie ze swoim zamiłowaniem w studiowanie historii Polski. Dla odprężenia chętnie czytał powieści historyczne. Pod wieczór był już zwykle zmęczony i wtedy czytała mu Ewa. W ostatnich dniach lutego kończyli powieść Wacława Gąsiorowskiego "Emilia Plater". Pewnego wieczoru Tato, podziękowawszy jej, powiedział: Smutna ta historia Polski. Było to ostatnie zdanie, jakie Ewa usłyszała od Ojca.
Wtedy nie było w domu tak wielu osób, jak podczas okupacji sowieckiej, lecz dwa pokoje zajmowała jeszcze rodzina Stelmachowiczów. Tato dzielił więc swój gabinet ze Stefanem, który spał na kanapce. Następnego dnia, po pamiętnej lekturze "Emilii Plater", wczesnym rankiem, Stefan wybiegł z pokoju wołając, że ojciec zachorował. Wezwano zaraz lekarza, potem jeszcze trzech innych. Nic jednak nie dało się zrobić. Doznał bowiem rozległego wylewu do mózgu i po czterech dniach, 2-go marca 1942 roku, zmarł.
Ewę, w ciągu pierwszych dni po tym tragicznym wydarzeniu, dręczył ciągle powtarzający się sen. W tym śnie szła z wielkim trudem pod górę szerokimi i stromymi schodami z uczuciem głębokiego smutku. Nagle na szczycie schodów pojawiała się postać Ojca. Lekko uśmiechał się, jak zwykle bardziej oczyma niż ustami. Wtedy ogarniało ją uczucie ulgi i radości. - A więc żyje! A ta śmierć, to był tylko zły sen. Niestety! W tym momencie następowało przebudzenie i wracała świadomość bolesnej rzeczywistości. Widok tych szerokich i stromych schodów, nie oglądanych nigdy na jawie, zapadł Ewie głęboko w pamięć. Zdarzyło się, że po kilkudziesięciu latach, na Placu Hiszpańskim w Rzymie, stanęła u stóp takich właśnie schodów. Z początku nie mogła sobie przypomnieć skąd je zna. Towarzyszącemu jej Frankowi powtarzała ciągle, że musieli już tu kiedyś być, gdyż ten pobyt w Rzymie był trzecim z kolei. Lecz u podnóża tych schodów stali po raz pierwszy. Wtedy przypomniała sobie ten sen sprzed lat.
Pogrzeb Ojca zgromadził tysiące ludzi. Kondukt żałobny był tak długi, że przy skręcie w bramę cmentarną nie było widać jego końca w ulicy Piekarskiej. Tato był znaną osobą we Lwowie. Wychował wielu uczniów i studentów, którzy zachowali go we wdzięcznej pamięci. Pogrzeb ten stanowił też jakiś wyraz jedności narodowej w czasie okrutnej nocy okupacyjnej.
Ojciec pochowany został w pięknym miejscu Cmentarza Łyczakowskiego, na Górce Powstańców z 1863 roku. Znajduje się ona we wschodniej części cmentarza, a prowadzi na nią stroma kamienista ścieżka zakończona dwudziestoma betonowymi schodkami. Na szczycie wznosi się pomnik przedstawiający powstańca trzymającego w ręku sztandar. Obok niego jest grób Benedykta Dybowskiego, sławnego biologa, również powstańca. Za tymi dwoma pomnikami leży ponad 220 mogił powstańczych. Za tym zbiorem grobów idąc na prawo od pomnika, blisko stromego stoku porośniętego brzozami, pochowany został Ojciec.  Gdyby żyjąc jeszcze, wiedział o miejscu swego wiecznego spoczynku, zapewne ten zakątek cmentarza uznałby za piękny.
Maska pośmiertna Benedykta Fulińskiego wykonana przez  syna Jacka

Na wulkanie
Wiosną 1942 roku pojawił się w domu nowy przybysz. Zamieszkał razem z Wojtkiem, w osobnym maleńkim mieszkanku mieszczącym się na parterze, po drugiej stronie korytarza prowadzącego do ogrodu. To mieszkanko, składające się z pokoju z oknem na ogród, przedpokoju i ciemnej kuchenki, wynajmowane czasem przed wojną, stało się teraz prawdziwym dobrodziejstwem, rozładowując ciasnotę spowodowaną zwiększoną ilością ludzi w domu. Towarzyszem Wojtka w pokoiku został Miecio Borodej, jego znajomy jeszcze sprzed wojny, narzeczony siostry kolegi z gimnazjum i równocześnie sąsiada z ulicy Tarnowskiego. Miecio był lotnikiem. W 1939 roku jego szkoła lotnicza została ewakuowana przez Węgry i Jugosławię do Anglii. Tam został przyjęty do angielskiej uczelni. Otrzymał stopień porucznika RAFu i polskiego sierżanta. Latał na bombowcach nad Niemcami. W czasie wykonywania zadania nad Bremą maszyna została trafiona, a załoga musiała ratować się na spadochronach. Jakiś czas Miecio przebywał w niewoli, w obozie oficerskim RAFu. Zamienił się papierami z jeńcem z nowozelandzkiej piechoty i już jako George Potter dostał się do obozu, którego więźniowie zostali skierowani do pracy w kopalni węgla "Szombierki" w Bytomiu. Tam wszedł w kontakt z polską tajną organizacją górników, którzy jemu i jego towarzyszowi Anglikowi umożliwili ucieczkę. Obaj dostali się do Częstochowy, potem do Krakowa. Wsiedli do pociągu w kierunku Lwowa. Anglik jednak tak był zdenerwowany, że w końcu poddał się Niemcom. Miecio dojechał do Lwowa i zjawił się w domu rodziców swojej narzeczonej, Marysi Wajdówny, na Tarnowskiego 74. Mieszkał tam dwa tygodnie pod fałszywym nazwiskiem jako Marian Wajda. Wojtek zaproponował mu mieszkanie w domu mamy ze względu na bezpieczeństwo. Borodej, nie czując się zwolnionym od służby wojskowej, od razu zamierzał włączyć się do pracy konspiracyjnej. Nie miał jednak kontaktu z wojskową organizacją akowską. Wojtek przypuszczał, że Stefania Stipal, jako komendantka chorągwi harcerek, musiała mieć tego rodzaju powiązania. Zwrócił się więc do Ewy, będącej jej łączniczką, o pomoc w tej sprawie. Oboje poszli do Stipalówny prosząc o odpowiedni kontakt. Opisuje ona tę wizytę rodzeństwa w swych wspomnieniach umieszczonych w książce: 'Harcerki 1939 – 1945 relacje – pamiętniki". Pani Stefania wybierała się właśnie do Warszawy i dzięki niej nawiązana została łączność Borodeja z dowództwem wojskowym AK. Otrzymał on kierownictwo wywiadu wojskowego w Inspektoracie Lwów – miasto. Odtąd pokoik w mieszkanku na parterze, będący sypialnią Wojtka i Miecia, w ciągu dnia zamieniał się w biuro wywiadu. Mama, podobnie jak chłopcy, zaprzysiężona została jako żołnierz AK. Pełniła nieustanną służbę wartowniczą. Po całych dniach czuwała nad bezpieczeństwem ludzi i dokumentów, dając sygnał w razie zagrożenia. Na szczęście zdarzało się to bardzo rzadko. W wypadku alarmu, pracujący w pokoiku zabierali dokumenty i uciekali przez okno do ogrodu, a potem dalej, przez wertepy, do innej części miasta. Maszyna do pisania lądowała w ogrodowych pokrzywach.
Miecio zatrudniał łączniczki i sekretarki. Niebawem przybyła nowa sekretarka, koleżanka Ewy z kompletów, Kazia Rutkowska. Raz Kazia jak zwykle przyszła do domu przez ogród. Z jej torby na zakupy wystawała nać pietruszki i marchewki. Ujrzawszy to Ewa spytała: - Cóż ty Kaziu, będziesz tu obiad gotować? – Zobacz, jakie kartofelki przyniosłam! – odparła z szelmowskim uśmiechem Kazia, odsuwając jarzyny. Na dnie torby leżało kilka granatów. Te granaty, a także inną broń przechowywał Wojtek w schowku na strychu, (przygotowanym za sowieckiej okupacji dla Jacka). Trzeba powiedzieć, że można było czasem czuć się w tym domu jak na wulkanie.
W pierwszą rocznicę śmierci Sikorskiego Miecio i jego współpracownicy złożyli wiązanki kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza na Cmentarzu Orląt Lwowskich, biorąc udział w małej uroczystości. Niemcy dowiedzieli się jakoś, być może od Ukraińców, o zgromadzeniu i zrobili obławę. Borodejowi udało się uciec, a Kazia została złapana. Było to ciężkie zmartwienie dla jej matki i rodzeństwa, a także dla wszystkich w domu. Siedziała w więzieniu na szczęście tylko tydzień, bo Miecio wykupił ją korzystając z pewnych możliwości, jakie wtedy istniały. Powróciła do matki i codziennych zajęć.
W miarę upływu czasu praca wywiadowcza nabierała rozmachu tak, że biuro na ul. Tarnowskiego nie mogło nadążyć z opracowywaniem materiałów i pisaniem raportów. Wtedy zajmowali się tym także Stefan i Kazia Kabarówna. Pracowali oboje w firmie budowlanej Komarnickiego na ul. Sobińskiego i za wiedzą i aprobatą właściciela korzystali z jego biura. Stali się więc stałymi współpracownikami Borodeja. Stefan i Kazia pobrali się, jeszcze we Lwowie.
Współpracownikiem Borodeja był także ukrywający się w pewnym okresie w domu na ul. Tarnowskiego Miecio Ostowski.
Miał on artystyczne zamiłowania i wymalował obrazek przedstawiający dom od strony dużego ogrodu, pozostawiając miłą pamiątkę jego mieszkańcom. Po ponownym wkroczeniu Sowietów Miecio został aresztowany i zesłany aż pod Irkuck. Po latach przyjechał do kraju i zamieszkał w Opolu.
Pewnego wiosennego dnia ,,Wojciech" (taki pseudonim nosił w tym czasie Borodej z sympatii do swego towarzysza w pokoiku) polecił Wojtkowi przynieść ze schowka na strychu i przygotować dwa pistolety. Następnego dnia, 15 kwietnia 1943 roku, już o zmierzchu, wyruszył z domu na akcję odbicia z więziennego szpitala na Zamarstynowie "Wasyla", czyli Lecha Sadowskiego, komendanta BIPu (Biura Informacji i Propagandy). Wojtek oczekiwał z niecierpliwością i niepokojem powrotu Miecia. Ten nie zjawił się jednak tego dnia, lecz dopiero nazajutrz. Był niezmiernie zadowolony z akcji, która udała się znakomicie i opowiedział o jej dramatycznym przebiegu. Na zewnątrz szpitala, w którym przebywał "Wasyl", postawiono czterech członków ochrony akcji. Borodej oraz towarzyszący mu Korzinek wpadli do budynku. Siedzącego strażnika Miecio uderzył kolbą rewolweru w głowę tak, że zemdlał. Korzinek szybko go związał, a Miecio błyskawicznie wyrwał kabel telefonu. Sterroryzowali następnie resztę obsługi parteru i kazali im położyć się na ziemi, wśród nich lekarce wtajemniczonej w sprawę i dla niepoznaki (za jej uprzednią zgodą) nawet lekko poturbowanej. Strażnikom oczywiście odebrano broń. Tymczasem inni uczestnicy akcji opanowali wyższe piętra. Zabrano ledwie żywego Sadowskiego do czekającej na zewnątrz dorożki i zawieziono w bezpieczne miejsce. Innym więźniom powiedziano, że są wolni. Kilkunastu uciekło. Miecio i Korzinek poszli do rodziców "Wasyla", którzy ogromnie niepokoili się o syna. Z radości na wieść o jego uwolnieniu urządzili libację i Borodej musiał zostać u nich na noc. A tymczasem jego towarzysz w pokoiku martwił się, że może zginął lub został aresztowany. Niełatwa więc była przyjaźń Wojtka z "Wojciechem". 

Błogosławione wszy
W okupowanym przez Niemców Lwowie młodzież narażona była na niebezpieczeństwo łapanek i wywozów na roboty w głąb Rzeszy. Wszyscy więc starali się mieć dowody pracy, chroniące przed tą możliwością. Jacek zatrudniony był w filii wiedeńskiej firmy budowlanej. Jędrek, mający zajęcie w fabryce oleju jadalnego, dzięki czemu zaopatrywał w wystarczającą jego ilość kuchnię domową, musiał korzystać z dokumentu, wydanego (zresztą nielegalnie) przez firmę Jacka. Trójka młodszych dzieci, a więc Stefan, Wojtek i Ewa, mieli Arbeitskarty wydane przez instytut szczepionek przeciw tyfusowi plamistemu prowadzony przez profesora Rudolfa Weigla. Ten stary znajomy Mamy, jeszcze z czasów wspólnej pracy pod kierunkiem Nusbauma-Hilarowicza, miał wielkie zasługi dla ludności polskiej we Lwowie. Niemieckiego pochodzenia, silnie związany jednak z polskim środowiskiem, czuł się Polakiem. Gdy Niemcy naciskali, aby został tzw. Reichsdeutchem, stanowczo odmówił. Musiał jednak zgodzić się na przejście swego uniwersyteckiego zakładu pod zarząd Wehrmachtu. Wkrótce niewielka przed wojną pracownia przemieniła się w istną fabrykę szczepionek. Niemcy wysyłali je dla swoich żołnierzy na front, stąd znaczenie dla nich tej instytucji; dlatego legitymacja pracy w niej chroniła przed wywozem na roboty do Rzeszy. Dwie przyjaciółki z Górki Jacka, Ewa i Danusia, wędrowały codziennie w dół na ulicę Mikołaja do budynku Starego Uniwersytetu. Tam na parterze mieściła się sala, w której karmiono wszy. Dziewczęta przypinały sobie klatki z owadami do ud i czytały książki, aby odwrócić uwagę od nieznośnego pieczenia i swędzenia. Karmienie trwało około pół godziny. I tak polskim dzieciom wysysana była krew dla żołnierzy agresorów.

Wojtek Fuliński przy mikroskopie w Instytucie Weigla
 Szczepionki otrzymywało się w następujący sposób: hodowano wszy, karmiono je ludzką krwią aż podrosły do większych rozmiarów, następnie pod mikroskopem wstrzykiwano im do odbytu zarazki tyfusu. Dalej karmiono już zarażone owady. Potem, gdy bakterie rozwinęły się w ich organizmach, preparowano z nich w dość skomplikowany sposób szczepionki. Wszy karmiono w klatkach zaopatrzonych w cieniutkie siateczki, przez które wysuwały swoje kłujki. Klatki te przypinano do uda lub łydki, przymocowując je silnie za pomocą gumowej podwiązki. Naraz było tych klatek kilkanaście, a nawet więcej. Zdarzało się, że któraś z nich była nieszczelna, lub przedarła się siateczka; wtedy wszy obłaziły swojego karmiciela (co raz przytrafiło się też Ewie). Gryzienie wielu wszy naraz było naprawdę trudne do zniesienia. Po zdjęciu klatek pozostawały owalne, czerwone plamy na skórze. Miejsca te puchły i stale swędziały. Ewa i Danusia karmiły wszy zdrowe, Stefan i Wojtek zakażone. Prócz tego Stefan pracował jako strzykacz, to znaczy zakażał pod mikroskopem zdrowe owady; Wojtek był preparatorem. Choć karmicieli i pracowników regularnie szczepiono, często zdarzały się zachorowania na tak zwany para-tyfus, to znaczy osłabioną przez szczepionkę formę infekcji. Raz przytrafiło się to też Ewie i dostała gorączki bliskiej 41 stopni.
Instytut Weigla, jak go potocznie nazywano, był bezpiecznym azylem dla polskiej inteligencji podczas niemieckiej okupacji Lwowa. Oprócz tej funkcji ochronnej, zastępował też kawiarnie, kluby, salony literackie - skupiał bowiem śmietankę towarzyską i intelektualną miasta.
Poznanie 
W sierpniu 1943 roku odbyła się na kompletach matura. Pięć dziewcząt i dwu chłopców pilnie uczyło się tej wiosny. Nie było jednak tego napięcia, jakie towarzyszyło maturom przedwojennym. Ewa i Danusia pamiętając jak ich bracia, Stefan i Adzik, po nocach wkuwali do egzaminu dojrzałości, chciały, żeby tradycji stało się zadość i postanowiły jedną noc poświęcić na wspólną naukę. Pracowały pilnie do dwunastej, a potem tak zaczęły im się oczy kleić, że obie w ubraniach położyły się na łóżku Ewy z zamiarem króciutkiej drzemki. Przespały do rana i obudziły się później niż zwykle. Bilans czasowy wypadł więc niekorzystnie i tradycja nie została spełniona.
Egzamin odbył się w mieszkaniu koleżanki, Krysi Dutkiewicz. Jeden duży pokój zamieniono na salę szkolną z osobnymi stoliczkami dla siedmiorga uczniów. Byli nimi: Adam Blum, Krysia Dutkiewicz, Ewa Fulińska, Danusia Różycka, Kazia Rutkowska, Zbyszek Tabisz, Halinka Żygulska. Naprzeciw, przy długim stole, zasiadła komisja z dyrektorką, Stefanią Stipalówną, na czele. Panował - stosownie do ważności chwili - nastrój powagi i skupienia. Była to grupa młodzieży zdolnej i zdyscyplinowanej, więc egzamin wypadł dla wszystkich pomyślnie. Komisja po naradzie ogłosiła wyniki, a potem odbyło się przyjęcie. Gdy nauczycielki rozeszły się, maturzyści zostali na "balu". Musiał on z konieczności trwać całą noc, bo obowiązywała godzina policyjna i dopiero rano można było pokazać się na ulicy. Choć zabawa była wyśmienita, Ewa z Danusią z uczuciem piasku w oczach, zmęczenia i senności powędrowały z brzaskiem z placu Prusa na Górkę Jacka, do swoich domów.
Ewa po maturze na tarasie domu

Jeszcze przed maturą przyszedł kiedyś odwiedzić Mamę profesor Julian Tokarski. Ewa nie przeczuwała, jak zaważy ta wizyta na jej życiu. W tym czasie miała poważny kłopot. Wskutek karmienia wszy pojawiły się u niej objawy anemii. Niepokojący był niekorzystny stosunek białych i czerwonych ciałek krwi oraz tylko 56% hemoglobiny. Narzeczona Borodeja Marysia Wajdówna robiła jej zastrzyki wątrobowe, jakie miały jej pomóc, ale lekarz instytutowy, Polak, radził przerwać karmienie. Potrzebna była jednak Arbeitskarte chroniąca przed przymusowymi robotami. Tokarski zaproponował, że weźmie swoją chrześniaczkę do dawnego uniwersyteckiego instytutu geologii i petrografii, włączonego przez Niemców do przedsiębiorstwa Karpathen-Öl AG zajmującego się poszukiwaniem ropy naftowej na Podkarpaciu. Legitymacja tej instytucji także dobrze chroniła. Profesor opowiadał, że ma już kilku podopiecznych chłopców, wśród nich swojego krewnego, Franka Nadachowskiego. Matka Tokarskiego była z domu Nadachowska. Wtedy zaczął opowieść o tej swojej rodzinie. Ojciec Franka pułkownik Adam Nadachowski był dowódcą 83-ego pułku piechoty w Kobryniu na Polesiu. Zginął w kampanii wrześniowej 9-tego września, akurat w 16-te urodziny swojego syna i pochowany został w Skierniewicach. Miał 45 lat. Jego żona Zofia Nadachowska w parę tygodni po zajęciu Kobrynia przez Rosjan uciekła z dziećmi, Irką i Frankiem, do Lwowa ratując je i siebie przed wywozem. Zamieszkała u swojej siostry Janiny Gottasowej, która miała dwoje dzieci, Janka i Krysię, nieco młodszych od Irki i Franka. Razem z nimi mieszkały też babcia, Maria z Krzyżanowskich Ilaszewiczowa i najmłodsza z sióstr, Wisia Ilaszewiczówna.
Tokarski wiedział, że Ojciec był gorącym zwolennikiem tajnego nauczania. Rozpoczął nawet działania w tym kierunku, lecz nagła śmierć przerwała je. Jest o tym wzmianka w ,,Słowniku biologów polskich", wyd. PWN
Profesor powiedział, że traktuje swoją opiekę nad tymi młodymi ludźmi jako pracę wychowawczą i nauczycielską. Zaproponował, aby do tego grona dołączyła Ewa, zwłaszcza że wkrótce miała zdać maturę na kompletach i można było traktować to jako rozpoczęcie studiów. Tak więc Ewa, zamiast zatrzymać się na parterze Starego Uniwersytetu na ulicy Mikołaja, gdzie karmiła wszy w Instytucie Weigla, zaczęła chodzić na pierwsze piętro tego gmachu, do dawnego Instytutu Geologii. Tu nastąpiło poznanie Ewy i Franka.
Tokarski opracował metodę wnioskowania o roponośności złoża na podstawie zawartości ciężkich minerałów. Średnie próbki skał ucierało się, przesiewało się przez zestaw specjalnych sit, przepłukiwało się wodą, następnie mieszało się z tak zwaną ciężką cieczą. Uzyskiwano w ten sposób różne frakcje, bo lżejsze cząstki pływały po powierzchni, a cięższe opadały na dno zbiorniczka. Z kolei, z frakcji ciężkich sporządzano preparaty i obserwowano pod mikroskopem polaryzacyjnym. Z wyglądu kryształków, widoku ich w świetle spolaryzowanym i wzajemnego stosunku ilościowego wnioskowało się o składzie próbki. Obserwowało się też pod mikroskopem cieniutkie płytki sporządzane ze skał, tak zwane szlify. Wykonywano też analizę chemiczną skał.
Załoga laboratorium. Od lewej: Miecio Dohnal, Franek Nadachowski, Ewa Fulińska, Andrzej Oberc, Tadzio Ziemba

W ogrodzie Starego Uniwersytetu. Od lewej: Andrzej Oberc, Miecio Dohnal, ksiądz Oberc, Tadzio Ziemba, Ewa Fulińska

Pomimo trwającej wojny, ciężkiego i niebezpiecznego życia w okupowanym Lwowie, młodzież nie rezygnowała ze swych praw do beztroski i zabawy. Trzej chłopcy pracujący w instytucie mieli grono kolegów i koleżanek. Popołudniami, korzystając z obszernych pomieszczeń i dużych stołów, urządzali mecze ping-pongowe, gry w brydża, a nawet tańce przy patefonie. Raz zorganizowali seans spirytystyczny. Kilka osób usiadło dookoła stolika, na którym leżał odwrócony talerzyk. Wszyscy wyciągnęli ręce i zbliżyli je do talerzyka. Prowadzący seans chłopiec kazał skupić się i skoncentrować wzrok na leżącym przedmiocie. I nagle zaczął on wirować tak szybko, że trudno było nadążyć z rękami. Ewa sądziła, że była to niezwykle zręczna sztuczka. Zajrzała nawet pod blat stolika podejrzewając, że ktoś przesuwa magnes, a talerzyk też ma w sobie magnesik. Użyto jednak zwykłego, śniadaniowego talerzyka, a wszyscy trzymali ręce na górze. Widać było, że początkowy żart, jakim miał być seans, zaczął budzić ogólne zdziwienie, a nawet poczucie niesamowitości, zwłaszcza, że talerzyk wędrował także po krawędzi blatu. Chcąc przekonać się, kto tu "kręci" (w rzeczywistości i w przenośni), eliminowano kolejne osoby. Zawsze jednak dwie trzymały ręce nad talerzykiem. Raz wprawiony w ruch, przesuwał się z dużą szybkością. Dopiero gdy wszyscy opuścili ręce wzdłuż ciała, zatrzymał się. Franek i Ewa próbowali rozwiązać zagadkę i domyśleć się, kto z obecnych był tak niezwykle zręcznym, a równocześnie tak dobrze maskującym się sztukmistrzem, ale nie znaleźli odpowiedzi. A może działała tu jakaś siła metafizyczna?
W okresie karnawału urządzano zabawy taneczne w różnych domach, za każdym razem w innym. Raz odbyła się także w domu na ulicy Tarnowskiego. I znowu jak na "balach" chłopców z Halusią Tokarską i jej koleżankami, sunęły pary po parkiecie salonu, tańczące walce, bostony, tanga, foxtroty.
Te zabawy i rozrywki stanowiły dla lwowskiej młodzieży okresu okupacyjnego rodzaj samoobrony psychicznej przed napierającą ze wszystkich stron grozą wojny. Jeszcze wiosną 1943 roku w miejscowej gazecie ukazały się artykuły o tragicznym odkryciu przez Niemców grobów oficerów polskich w Katyniu. Był to kolejny szok, jaki dane było przeżyć mieszkańcom Lwowa. Nikt nie miał wątpliwości, że zbrodnia ta była dziełem Sowietów.
Po zwycięstwie Rosjan pod Stalingradem stopniowo front wschodni przesuwał się na zachód. Polacy walczyli na wszystkich frontach, a także w okupowanym kraju. Z tym wiązano nadzieje na przyszłość, lecz odczuwano, że była ona niepewna. Młodzież śpiewała popularną wtedy piosenkę: "Upływa szybko życie, jak potok płynie czas, za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas". Nikt nie wiedział, co przyniosą najbliższe dni, tygodnie, miesiące.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat
Z początkiem 1944 roku nasiliły się zagrożenia ze strony Ukraińców. Dochodziły hiobowe wieści o mordach dokonywanych na Polakach na Wołyniu i w okolicach Lwowa. Niektóre polskie wioski przestały istnieć. Część mieszkańców zabito, a pozostali uciekli. Domy ich i dobytek palono. Z rąk Ukraińców zginęło wtedy wiele tysięcy ludzi. Lwowska AK zorganizowała samoobronę, dzięki której uratowano wielu mieszkańców wiosek. We Lwowie zdarzało się, że Ukraińcy zatrzymywali młodych ludzi, żądali dokumentów, a jak ktoś odmówił, strzelali zabierając papiery ofiary, aby zapewne potem posłużyć się nimi. Tak poniósł śmierć syn profesora politechniki Suchardy. Prawdopodobnie także z rąk Ukraińców zginął na wsi pod Lwowem Staszek Węglarz, dawny współpracownik Jacka, a potem Miecia Borodeja. Syn Władysława Fugowskiego, 16-letni Kazik, też zginął (znacznie później) zastrzelony przez żołnierzy sowieckich na granicy podczas nielegalnego jej przekraczania. Fugowski był współpracownikiem najpierw Jacka, a potem Miecia.
Wszystkimi w domu wstrząsnęła tragiczna wiadomość o śmierci trzech siostrzeńców ojca - Eryka, Henryka i Bolesława Strzetelskich, zamordowanych przez Ukraińców.
Z początkiem lutego 1944 roku zamieszkał w domu na ul. Tarnowskiego profesor historii Uniwersytetu Poznańskiego Józef Widajewicz z żoną i córką Ewą. Od wakacji 1939 roku przebywali oni u rodziny w Brzeżanach. Profesor dowiedział się, że jest na liście do rozstrzelania (prawdopodobnie sporządzonej przez Ukraińców). Postanowił więc opuścić to miasto i przyjechał do Lwowa. Jeszcze podczas sowieckiej okupacji Józef Widajewicz odwiedzał Ojca. Tato zaintrygowany był zbieżnością nazwisk profesora i swojej matki, z domu Widajewiczówny. Obaj panowie po wymianie informacji o swych przodkach doszli do wniosku, że nie są spokrewnieni. W maju rodzina Widajewiczów wyjechała do Krakowa. Po wojnie Ewa i Jędrek pobrali się.
Front wschodni był coraz bliżej. Rozpoczęły się nocne bombardowania Lwowa. Sowieci zrzucali z samolotów na spadochronach lampy (flary) oświetlające miasto tak, że jasno było niemal jak w dzień. Potem następowało bombardowanie. Nic dziwnego, że przy takiej widoczności lotnicy sowieccy trafiali celnie. Zniszczony został wtedy piękny Dworzec Główny, okolice Kopca Unii Lubelskiej i wiele różnych obiektów. W czasie nocnych alarmów Ewa nie schodziła na dół do komórki, nie tylko dlatego, że przekonana była o nieskuteczności tej ochrony, lecz także by obserwować widok z okna swej sypialni w tym niezwykłym oświetleniu. Elementy krajobrazu uwypuklone były bardzo wyraźnie. Krzyżujące się na niebie smugi reflektorów obrony przeciwlotniczej, srebrzyste w tym oświetleniu korony drzew, dawały widok pełen niesamowitości, grozy, ale też swoistego piękna.
Wielu ludzi źle znosiło te bombardowania i w obawie przed zbliżającym się frontem oraz ponownym zetknięciem się z Sowietami zaczęło zawczasu wyjeżdżać na zachód. Wyjechała Zosia z Kuźniewiczów Chudziowa z ciocią Lunią Kuźniewiczową, mężem Bolesławem i dwojgiem dzieci, Dobrosławem i Basią. Chudziowie zajmowali od jakiegoś czasu mieszkanie na górze. Wyjechało wielu znajomych, a także koleżanek Ewy, między innymi Danusia Różycka z rodzicami. Instytut geologii przygotowywał się do ewakuacji. W końcu wyjechał także profesor Tokarski z częścią pracowników. Franek i Ewa pozostali we Lwowie.
Pewnego popołudnia rozległ się w mieszkaniu odgłos pojedynczego dzwonka. Domownicy i wtajemniczeni używali dwu dzwonków. Jednego przy bramie, drugiego ukrytego za kamiennym lwem. Każdy z nich miał odmienny dźwięk. Dla pewności sprawdzano za każdym razem, kto stoi przy bramie, patrząc przez drzwi z dołu, skąd można było dojrzeć osobę widoczną za oszkloną, zakratowaną bramą, lub wychylając się przez okno z pokoju od ulicy zorientować sie, kto znajduje się przed domem. Mama zajrzała przez drzwi z dołu. Jakiś Niemiec w mundurze! – zawołała alarmując wszystkich. Dzwonek odezwał się znowu, tym razem dłużej. Wojtek chcąc opóźnić otwieranie, aby dać Mieciowi czas na uporządkowanie "meliny", poszedł na górę, otworzył okno pokoju, wychylił się i spytał: - Kto tam? Oficer zasalutował i zawołał po polsku  - Cześć Wojtek! To ja! Gucio! Stefan, który także był w mieszkaniu, otworzył bramę i wprowadził gościa. Gucio Kinze, dawny sąsiad i towarzysz zabaw młodszych chłopców, opowiadał, że przyjechał spod Tarnopola zajętego już przez Rosjan. Niemcy przegrywają wojnę – powiedział. Cofamy się i niedługo działania frontowe będą we Lwowie. Chciałem zobaczyć się ze swoimi starymi znajomymi. A co z Jankiem Mozołowskim? Pamiętacie, jak zjeżdżaliśmy na nartach, to jego Dżuka łapała nas zębami za nogawki. Najbardziej ja się wywracałem. – Boś był grubas i fajtłapa – pomyślał Wojtek i powiedział: - Janek jest w Anglii. – To pewnie jest lotnikiem? - przed wojną latał przecież na szybowcach. Może bombarduje Niemcy? – Bardzo prawdopodobne – przytaknął Stefan. A Adzik Różycki gdzie jest? – Też pewnie w Anglii w Polskiej Armii. – Jak to się wszyscy rozlecieli po świecie – stwierdził Gucio. Wiecie, chciałem obejrzeć nasz dom, ale nie wpuszczono mnie, bo zajęty jest przez żandarmerię. Obszedłem tylko ogród od tyłu. Mogłem tylko popatrzeć przez siatkę - takie wielkie chwasty wyrosły! Zaglądałem, czy jest jeszcze ta dziura w płocie, przez którą przełaziłem do was na boisko grać w piłkę, ale wydaje mi się, że zrobiliście wysoki płot.
Za sprawą Hitlera "chłopcy z boiska" siedzieli teraz naprzeciw siebie jako wrogowie. Wizyta trwała krótko. Gucio spieszył się, a chłopcy nie zatrzymywali gościa. Po kilku miesiącach doszły słuchy, że niedługo potem zginął na froncie. Tak w różny sposób potoczyły się losy dzieci z Górki Jacka.

Front po raz trzeci
Szczere przyznanie Gucia Kinze, że Niemcy przegrywają wojnę, było uzasadnione. Pilnie nasłuchiwano wiadomości z BBC. Podawały one, że nasiliły się bombardowania miast niemieckich, linii komunikacyjnych, fabryk samolotów, w tym wyrzutni V1 i V2 nękających Londyn. Trwała ofensywa sił sprzymierzonych na zachodzie i południu. Dotarła relacja o zwycięskiej bitwie o Monte Cassino z rozstrzygającym udziałem Polaków. Na wschodzie Rosjanie wypierali cofających się Niemców. Front zbliżał się do miasta.
Lwowscy akowcy przygotowywali się do akcji "Burza". Miała ona na celu uderzenie na niemieckie straże tylne. Było założenie, że Polacy muszą wziąć udział przy oswobadzaniu miasta od okupacji niemieckiej w przekonaniu, że będzie to mieć duże znaczenie polityczne. Zakładano, że oddziały biorące udział w walce ujawnią się wojskowym władzom sowieckim.
Napęczniały w ostatnich czasach magazyn broni na strychu opróżniał się stopniowo, gdyż Borodej uzbrajał swój oddział. Część tej broni skupował, a część pochodziła ze zrzutów. Była tam przede wszystkim broń krótka, ale też pistolety maszynowe niemieckie, rosyjskie pepesze, angielskie steny, 4 lekkie karabiny maszynowe, amunicja karabinowa i pistoletowa, kilka skrzynek granatów oraz łącznice telefoniczne.
Ewa z kilkoma innymi harcerkami przechodziła intensywne szkolenie sanitarne pod kierunkiem lekarza i pielęgniarki. Otrzymała torbę sanitarną, białą opaskę z czerwonym krzyżem i adres, pod który miała się zgłosić, gdy działania wojenne obejmą przedmieścia Lwowa.
Franek służył w plutonie łączności 14-go pułku ułanów. Oddziały tego pułku zwane "oddziałami leśnymi", stacjonowały w lasach koło Winnik, podlwowskiej miejscowości. Jednym z dowódców był Serb, kapitan Dragan Sotirović, o pseudonimie "Draża". Zadaniem Franka było konwojowanie przewożonych ciężarówką pewnego stolarza aparatów radiotelegraficznych z lwowskiego Zamarstynowa, gdzie je wykonywano, do Winniczek, przysiółka zaszytego w lasach winnickich.
Gdy z daleka, od strony szosy Zielonej, dały się słyszeć odgłosy walki, Ewa zgodnie z poleceniem zabrała torbę sanitarną na ramię, do kieszeni opaskę z krzyżem (aby ją potem założyć) i powiedziała mamie, że musi iść zgłosić się do służby. Mama usiłowała wyperswadować córce ten zamiar. Twierdziła, że wypełnienie zobowiązań, jakie miała Ewa, nie może przekraczać granicy bezpieczeństwa. Do dyskusji włączył się obecny przy rozmowie Jędrek. "Nie bądź dzieckiem" – powiedział w swoim stylu. Ta harcerska zabawa w wojenkę nie ma najmniejszego sensu. Walczą ze sobą takie potęgi, co ty, dziecko, masz tam do roboty! Ewa jednak uparła się, że polecenie musi być wykonane. Wtedy Jędrek zdecydował: nie puszczę cię samej, idę z tobą. Poszli. Jędrek po drodze trochę gderał, ale dotrzymywał Ewie kroku. Przeszli spokojnie górną część ul. Tarnowskiego. Niespodziewanie, przy schodkach prowadzących w dół na ulicę Św. Jacka, - jak nie świśnie, nie huknie! Od razu przykucnęli, przywierając do ściany domu. Za chwilę znowu przeciągły gwizd i huk. Gdzieś w pobliżu rozprysły się dwa pociski artyleryjskie. Chcieli wpaść do bramy najbliższej kamienicy, ale była zamknięta. Szli dalej opustoszałą Tarnowskiego. Pokonali szybko kawałek kompletnie wyludnionej ulicy Zielonej i przecznicą przedostali się na Kochanowskiego. I tu doznali szoku. Zobaczyli prawdziwy "krajobraz po bitwie". Na ulicy panował pełen grozy nieporządek. Niedaleko leżał trup konia, przewrócony i pogięty motocykl, hełm, jakieś porozrzucane części uzbrojenia walały się po jezdni. Trawnik wzdłuż chodnika rozorany był przez gąsienice czołgów. W dalszej odległości leżał - niewątpliwie martwy - żołnierz sowiecki. W stronę Piłsudskiego odjeżdżała rosyjska sanitarka. Stamtąd też dobiegały strzały. Przebiegli ile sił w nogach przez ulicę Kochanowskiego i wpadli w boczną uliczkę. Tu panował spokój. Przy bramie kamienicy, do której mieli wejść, stał jakiś starszy człowiek i rozglądał się niespokojnie. – Państwo do kogo? – spytał. Do mieszkania na drugim piętrze – odpowiedziała Ewa. – A, do pana doktora Garlickiego, jest w piwnicy. Był to ten sam lekarz, który prowadził szkolenie sanitarne harcerek. Powiedział Ewie, że nie otrzymał jeszcze żadnych rozkazów. Radził, aby jak najszybciej, póki jest względny spokój, wrócić do domu. Wskazując na kąt piwnicy powiedział: - Mam tu ranną i muszę się nią zająć.      Powrót odbył się już spokojnie. Przebiegli szybko przez pobojowisko na Kochanowskiego. Na Zielonej pojawili się pierwsi przechodnie. Na Tarnowskiego poczuli się już bezpiecznie. Przed bramą, do której chcieli się poprzednio schronić, stała grupka osób, żywo komentując wydarzenia. Tak zakończył się "udział" Ewy w wojnie. Z perspektywy czasu, wydawało jej się to zdarzenie śmieszne. Zawsze opowiadała o nim żartobliwie. Ale wtedy ani jej, ani Jędrkowi, nie było do śmiechu.
W tym samym czasie Franek, mieszkający na ulicy Zyblikiewicza, próbował zorientować się w sytuacji i wyszedł na balkon. Słyszał rozkazy niemieckiego podoficera, który rozlokowywał żołnierzy na Placu Prusa i w ogrodzie naprzeciwko. Zobaczywszy Franka na balkonie, kilku z nich skierowało karabiny w jego stronę. Franek schylił się. Szczęściem kule strąciły jedynie secesyjną ozdobę balkonu. Wtedy schował się w pokoju. Po pewnym czasie wydało mu się, że ulica opustoszała. Znowu, tym razem z siostrą Irką wyszli na balkon, by ponownie rozejrzeć się. Widocznie jeden z żołnierzy został jeszcze w ogrodzie, bo stamtąd padł strzał. Kula przeleciała między głowami rodzeństwa, odłupując kawał tynku ze ściany domu. Znowu trzeba było dać nura w głąb mieszkania.
Choć działania frontowe trwały krótko, można było nie doczekać pokoju. Tego dnia, a było to 24 lipca 1944 roku, część oddziałów AK ujawniało się i zajmowało różne budynki w mieście. Opanowany został najwyższy we Lwowie budynek, gmach Szprechera na ulicy Akademickiej. Na jego szczycie żołnierze zawiesili oprócz flagi polskiej także chorągwie radziecką, amerykańską i angielską. Zajęto też budynek szkoły Marii Magdaleny na Potockiego, szkoły im. Żółkiewskiego na ulicy Zadwórzańskiej, politechnikę, na frontonie której umieszczono flagi polską i radziecką. Tak dobrze znany Ewie gmach Starego Uniwersytetu na ulicy Św. Mikołaja zajęty został przez oddziały żandarmerii, wywiadu i kontrwywiadu pod dowództwem Miecia Borodeja (pisze o tym S. Pempel w swej książce "ZWZ-AK we Lwowie 1939-1945".
25-go lipca trwały nadal ciężkie walki. Pod wieczór rozeszła się po Lwowie wieść, że ukraińska dywizja SS Galizien na zachodnich przedmieściach morduje Polaków. Powstała panika. Ludzie, omijając śródmieście, gdzie toczyły się walki, uciekali w stronę Łyczakowa i Pasiek. Część z nich, znalazłszy się na szosie Zielonej, nocowała na polach. Rano niemiecki ostrzał artyleryjski spowodował wiele ofiar wśród uciekinierów.
Żołnierze AK toczyli ciężkie walki we wsiach pod Lwowem z Niemcami i wspomagającymi ich Ukraińcami – Banderowcami. Znaczącą rolę odegrał w nich serbski partyzant, kapitan Michał Dragan Sotirović. Walki te w dużym stopniu przyczyniły się do opanowania miasta. 27 lipca Lwów przejęty został przez władze sowieckie. 31 lipca rano wyżsi oficerowie, z komendantem Obszaru generałem Filipkowskim odlecieli do Żytomierza samolotem na spotkanie z generałem Żymierskim, dowódcą Armii Polskiej na terenie Rosji. Wieczorem tego dnia wezwani zostali do sowieckiego generała Iwanowa na odprawę pozostali oficerowie. Stawił się również Miecio Borodej. Wszystkich podstępnie aresztowano. Tych, co polecieli do Żytomierza – także. Borodej skazany został na 20 lat łagru. Pracował w obozach na Kołymie. Stracił tam jedno oko i ciężko zachorował na płuca. Do Polski przyjechał w 1955 roku.
Ofiarność akowców okazała się daremna. Rozpoczęła się ponownie sowiecka okupacja Lwowa



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz