Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hauser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hauser. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 marca 2010

4.DOM NA GÓRCE JACKA c.d. (Kniażyna)

Kniażyna czy Wola Wilsona ?
Jak miło po trudach wycieczki być w domu. Krasnoludek znowu zamieszkał pod różą pnącą się przy oknie z jadalni. Wieczorem zasypiał przykryty kołderką z różowych płatków, wielkim nosem wciągając zapach maciejki roznoszący się po całej okolicy.
Kilka dni minęło, a tu znowu trzeba zbierać się do wyjazdu.
 - Mamo! – spytała Ewa – gdzie my właściwie jedziemy? Stefan powiedział, że na Wolę Wilsona, a Wojtek na Kniażynę. Nazwa Kniażyna – odpowiedziała Mama – jest bardzo stara. Znaczy ona, że wieś o tej nazwie należała przed wiekami do kniazia, czyli księcia Wiśniowieckiego, pana zamku w pobliskim Wiśniowcu. W sąsiedztwie Kniażyny założona została nowa osada nazwana Wolą Wilsona na cześć prezydenta Stanów Zjednoczonych Wilsona, wielkiego przyjaciela Polaków. My jedziemy właśnie do tej nowej osady, którą potocznie wszyscy zwykli nazywać Kniażyną. Osada należy do byłych żołnierzy, walczących o wolność Polski. Wasz Tato otrzymał tam także od Państwa Polskiego ziemię jako obrońca Lwowa. Wybudowany przed kilku laty dom czeka teraz na nasze przybycie.
Większość podróży pociągiem w okolicę Wiśniowca na Wołyniu Ewusia przespała, gdyż jechało się nocą. Na malutkiej stacyjce kolejowej czekały trzy drabiniaste wozy zaprzężone w dorodne konie. Pakunki załadowano na jedną furę, a rodzina rozsiadła się w dwu pozostałych. Potem jazda wyboistą, zakurzoną drogą przez las i pola, od których w palącym słońcu bił złoty blask od dojrzewających zbóż.
Wkrótce, w widocznej z daleka zielonej plamie drzew, dostrzec można było czerwone i czarne dachy domów Kniażyny. Wreszcie kawalkada wozów zajechała na duży dziedziniec przed szerokim niskim domem obrośniętym częściowo dzikim winem. Wzdłuż żółtawych ścian stały sztywno różowe malwy. Przez ganek dzieci wpadły do kuchni z prawdziwym wiejskim piecem do pieczenia chleba, a dalej do jadalni i kilku następnych pokoi. Mebli prawie nie było. Duży drewniany stół, parę krzeseł, a pod ścianami łóżka z siennikami.
Z największego pokoju wszyscy wyszli na duży zacieniony ganek z daszkiem wspartym na drewnianych słupach owiniętych dzikim winem. Stąd zaś wprost do sadu pełnego drzew, obwieszonych ciemno – czerwonymi wiśniami. Owoce zaczęły już spadać i sporo leżało na trawie. Łatwo było je podnieść i utopić zęby w soczystym, winnym miąższu.
A tymczasem przyszedł z sąsiedztwa pan Dubiel z żoną i dwoma synkami, rówieśnikiem Ewy, Heniem i młodszym nieco Mieciem. Pani Dubielowa przyniosła kosz, a w nim bochen świeżego, wiejskiego chleba, masło i dzban kwaśnego mleka, które można było krajać nożem. Pan Dubiel położył na stole talerz z plastrem miodu. Ewusia nie przypominała sobie, żeby jadła kiedykolwiek coś równie smacznego, jak ten pachnący chleb z masłem i miodem hreczanym. Pan Dubiel był dzierżawcą i doglądał gospodarstwa przez cały rok.
Reszta wakacji zeszła dziewczynce na zabawach z Heniem, Mieciem i innymi dziećmi z sąsiedztwa. Czasami pasło się na pobliskiej łące krowy: Kalinę, Malinę i Łaciatą ze ślicznym małym cielątkiem. Jędrek, Jacek, Stefan i Wojtek pomagali z zapałem przy żniwach. Nawet Ewa jechała raz wozem na wysokiej stercie snopków do stodoły.
Wielki upał dawał się we znaki. Tylko w sadzie panował przyjemny chłód. Wszyscy żałowali, że nie było w pobliżu rzeki, nawet mniej pięknej niż Dniestr, który pozostał już tylko we wspomnieniach.

Dom na Kniażynie. Rysunek Jacka Fulińskiego
Nowi lokatorzy
Wczesna jesień tego roku, słoneczna i ciepła, niewiele różniła się od lata. Chłopcy wychodzili rano do szkoły, a Ewusia całe dnie spędzała ze swym przyjacielem krasnoludkiem w ogrodzie.
A tymczasem w domu zaszły wielkie zmiany. Miła pani Pietruska, która pisała list do św. Mikołaja, urodziwszy drugiego synka Rysia, wyjechała z dziećmi na wieś do majątku ziemskiego swojego męża. Do mieszkania na górze wprowadził się profesor Leon Chwistek z żoną i córką Alinką, rówieśnicą Stefana. Po szkole Alinka schodziła do ogrodu i grała z chłopcami w piłkę, a najczęściej w palanta. Raz wzięła Ewę na górę, aby pokazać jej swoje książki z barwnymi rycinami. Jak inaczej było tu teraz niż za czasów pani Pietruskiej. Na ścianach wisiały kolorowe obrazy. W jednym pokoju stały sztalugi z rozpiętym, częściowo zamalowanym płótnem. Na stoliczku obok leżały farby i mnóstwo różnej wielkości pędzli. Mama wyjaśniła dziewczynce, że pan Chwistek był nie tylko profesorem na Uniwersytecie i wybitnym filozofem, ale także malarzem.
Pewnego dnia, otwierając na dźwięk dzwonka drzwi wejściowe do mieszkania, ujrzała Ewa dużą, ociężałą postać pana Chwistka i jego różową twarz.  Wręczył dziewczynce kilka arkuszy papieru, farby, pędzelki i powiedział: namaluj Ewusiu obrazek, a jak skończysz, przynieś go do mnie.
Dziewczynka namalowała targ z jarzynami i owocami, jaki widziała, gdy robiły z Mamą zakupy na placu św. Zofii. Był to bajecznie kolorowy obrazek. Po kilku dniach pan Chwistek powiedział, że wysłał go do Wiednia. Mama wyjaśniła dziewczynce, że Wiedeń jest stolicą Austrii i tam odbędzie się wystawa obrazków dziecięcych, a pan Chwistek twierdzi, że "każde dziecko jest artystą".

Dziadzio Hauser
Po pięknych dniach przyszła słota. Ulica Tarnowskiego zasypana została opadającymi z klonów czerwonymi i żółtymi liśćmi. Ogród mókł w strugach deszczu. W taki ranek najprzyjemniej było w ciepłej kuchni przy Mamie. Obie z Anielą miały wiele pracy z przygotowaniem obiadu, zwłaszcza, że rodzina powiększyła się o siostrzeńca Mamy, Leszka Wiśniewskiego, syna cioci Mani. Leszek był przyrodnikiem jak Tato, pracował nad doktoratem i razem wychodzili do instytutu, razem zjawiali się na obiedzie, a po południu znowu szli, aby wrócić późnym wieczorem.
Przychodzę z gabinetu Tata – powiedziała dziewczynka. Nie mogę się tam bawić, bo wydaje mi się, że czarne oczy dziadzia Hausera z portretu wodzą za mną po pokoju.
 - Niesłusznie się boisz Ewusiu – uspokoiła ją Mama. Dziadzio Hauser był człowiekiem łagodnym i nadzwyczaj kochającym i dobrym ojcem. Umarł, gdy miałam 18 lat, a dotychczas bardzo za nim tęsknię. Był to człowiek niezwykły i wielki polski patriota. Gdy żył, Polska znajdowała się pod zaborami. Będąc jeszcze na studiach we Lwowie, prowadził pracę niepodległościową, za co w roku 1963 uwięziony został przez Austriaków. Był sędzią i pierwszym prezesem sędziów polskich w Galicji. Gdy jako młody człowiek mieszkał i pracował w Przemyślu był jednym z założycieli sławnego do dzisiaj amatorskiego teatru dramatycznego "Fredreum". Napisał kilka sztuk scenicznych w formie wierszowanej, które były tam grywane. W różnych czasopismach ukazywały się jego wiersze, najczęściej pod pseudonimami np."Toja". Powstał też zbiorek jego poezji noszący tytuł "Polne kwiaty" Twój Dziadzio napisał też bardzo cenioną książkę, „Monografię  Miasta Przemyśla". Za zasługi dla tego miasta został ,,Honorowym Obywatelem Przemyśla".                                   
Ewusia pobiegła znowu do gabinetu, przyjrzała się jeszcze raz dokładnie czarnym przenikliwym oczom, regularnym rysom i długiej brodzie Dziadzia. Wydawało jej się przez chwilę, że oczy jakby złagodniały, a na kształtnych ustach pojawił się leciutki uśmiech. 

Babcia Hauserowa
Mamo, - spytała któregoś dnia Ewusia – dlaczego Danusia ma babcię, inne dzieci mają także dziadzia, a ja nie mam nikogo.
Dziadek Fuliński – odpowiedziała Mama – umarł, gdy wasz ojciec był całkiem młody. Babcia Julia z Widajewiczów Fulińska umarła jeszcze przed urodzeniem Jędrusia. Dziadzio Hauser, jak wiesz, osierocił mnie, jak miałam 18 lat, ale jedną babcię masz. Babcia Hauserowa, moja Mama, mieszka w Warszawie z ciocią Olgą Kuczyńską. Właśnie wkrótce wybieram się ją odwiedzić i zabiorę ciebie ze sobą.
- Chciałabym dowiedzieć się czegoś o Babci – poprosiła Ewa.
Wasza babcia Wanda – zaczęła swą opowieść mama – urodziła się w Niebieszczanach, dużym majątku ziemskim jako jedno z szesnaściorga dzieci rodziny Daukszów. Nazywała się więc Wanda Daukszanka. Gdy jej mama, moja babcia, a twoja prababcia zagrała na fortepianie mazura w wielkim salonie modrzewiowego dworu, stawało do tańca osiem par, ośmiu synów i osiem córek. We dworze był nauczyciel muzyki i dwie guwernantki, które nauczyły dzieci mówić równie dobrze jak po polsku, po francusku i niemiecku. Po śmierci mojej Babci, dziadek Dauksza sprzedał majątek, a rodzina rozjechała się po świecie. Część synów wyjechało do Ameryki i ślad po nich zaginął.
Twoja Babcia była uzdolniona do muzyki i grała pięknie na fortepianie, biorąc często udział w amatorskich koncertach. Na jednym z nich poznała przystojnego, czarnookiego Leopolda Hausera, zainteresowanego amatorską działalnością artystyczną. Pewnie spodobali się sobie na zasadzie kontrastu, gdyż Babcia była blondynką i miała niebieskie oczy. W mojej pamięci – powiedziała Mama – pozostało wspomnienie domu, w którym ciągle rozbrzmiewała muzyka Mozarta, Beethovena, a zwłaszcza Chopina, bo Babcia wiele godzin spędzała przy fortepianie.
Wzrok dziewczynki padł na widelec leżący na stole. Właśnie nauczyła się czytać litery i powiodła palcem po wyrytych na trzonku literach W.L.H. Mama uśmiechnęła się i powiedziała: To monogram i znaczy Wanda, Leopold Hauserowie. Spójrz tam! Na dzbanku porcelanowym z jaskółkami i niezapominajkami jest fantazyjnie wpisana litera W w literę H. To jest też monogram babci Wandy Hauserowej. Na obrusie w jadalni jest też wyszyte W. H. – zawołała dziewczynka.
 - A tu, popatrz Ewusiu! Przed urodzeniem swej najstarszej córki Marii, czyli cioci Mani, Babcia wyszyła takie trzy liżniki, które kładzie się na obrus. Mama rozłożyła długie serwetki z wyhaftowanymi wzorkami, kwiatkami, zwierzątkami i powiedziała: Przeczytam ci wyszyte na nich przysłowia staropolskie.
  ,, Witaj gościu pod tą strzechą, niech Cię darzy Bóg uciechą. Gdy w biesiedzie zasmakujesz gospodynię uradujesz."
  ,, Kogo za ten stół się sadzi, temu w domu wszyscy radzi"
  ,, Dla gospodarstwa radość to wielka, gdy się wypróżni misa i butelka"

Ciocia Mania
Wyszedłszy rano z sypialni Ewusia ze zdziwieniem poczuła, że pachnie wiosną. Bez? –pomyślała – przecież jest jeszcze zima. Zbiegła na dół po schodach do jadalni i wszystko się wyjaśniło. Przy stole siedziała niebiesko-oka ciocia Mania, której jedwabna suknia i jasne włosy pachniały perfumami. Dziewczynka od razu znalazła się w jej objęciach. Ciocia Mania przyjechała z Kołomyi, gdzie mąż jej, Karol Wiśniewski, był sędzią, a ona prowadziła szkołę rytmiki i uczyła gry na fortepianie i śpiewu.
Ciocia lubiła opowiadać zabawną historyjkę. Otóż, gdy Ewa miała dwa lata, dom był na wykończeniu i schodki pomiędzy górną, a dolną częścią mieszkania nie miały jeszcze poręczy. Mama więc, ze względu na bezpieczeństwo dziecka zgodziła się, aby ciocia Mania zabrała na jakiś czas dziewczynkę do Kołomyi. Właśnie św. Mikołaj wybierał się odwiedzać dzieci. Młody praktykant sądowy, tak zwany aplikant, wdział czerwony płaszcz i czapę z białym futerkiem, przyprawił sobie siwą brodę i przyszedł wręczyć Ewie prezenty oraz nakłonić ją do odmawiania modlitwy, gdyż robiła to bardzo niechętnie. Wszyscy domownicy, łącznie z grubym wujem Karolem, padli na kolana przed św. Mikołajem, a dowcipny aplikant powiedział: Spójrz Ewusiu, jaki św. Mikołaj jest potężny, módl się więc i bądź grzeczna, skoro nawet pan sędzia ukląkł przed aplikantem. Otrzymana wtedy szmaciana lalka z czerwonymi włosami, zwana ,,Moniką Pomidor", służyła dziewczynce długo, aż do wysypania się wszystkich trocin przez dziury, jakie się z czasem utworzyły.
Schodząc z kolan cioci Mani Ewa zauważyła, że na jej palcu błysnął złoty pierścionek identyczny z tym, jaki nosiła mama, w kształcie węzełka.
Ciocia Mania przywiozła ze sobą dwa pieski. Wybierała się do sanatorium i na jakiś czas chciała zostawić je w domu swojej siostry. Nerwowy czarny jamnik Pąk, nieprzyzwyczajony do dzieci, po kilku dniach ugryzł Ewę w łokieć, więc nie zyskał jej sympatii. Natomiast biały, wesoły kundelek Laluś, zaprzyjaźnił się z dziewczynką i stał się nieodłącznym towarzyszem jej zabaw.

Ciocia Ola
Ewa nie wiedziała nawet kiedy znalazła się w Warszawie. Pewnie jechało się nocą. Z dworca taksówka zawiozła mamę z córką do domu cioci Olgi Kuczyńskiej. Na dźwięk dzwonka u drzwi mieszkania na pierwszym piętrze wysokiej kamienicy, otworzyła zgrabna pokojówka w czarnej sukience i małym białym fartuszku. Zaprowadziła Mamę i Ewę do salonu. Za chwilę weszła elegancka pani, ciocia Ola. Duże czarne oczy Cioci spoglądały przenikliwie i nieco ostro spod silnie zarysowanych brwi. Wydawały się dziewczynce podobne do oczu dziadzia Hausera z portretu. Pocałowała się z Mamą, uściskała Ewę i zaprowadziła je do pokoju na końcu długiego korytarza. Na łóżku leżała siwiutka i bardzo wychudzona babcia Wanda Hauserowa. Pogładziła wnuczkę po głowie i uśmiechnęła się blado. Zaraz wyprowadzono Ewę z powrotem do salonu, a Mama została z Babcią.
Zasmucona dziewczynka rozglądała się po pokoju. Wszystko tu błyszczało: podłoga, meble w ciemno-wiśniowym kolorze, oszklona serwantka, w której stały kryształowe puchary, karafki, a także delikatne porcelanowe figurki. Jedną z nich, śliczną baletniczkę, dziewczynka miała ochotę dotknąć, ale całe otoczenie tego pokoju onieśmielało ją niezmiernie. Z wnętrza mieszkania nie dochodził najlżejszy szelest. Odsuwając firankę wyszła przez uchylone drzwi na balkon wąski, choć długi. Ulica wysadzana drzewami była spokojna, lecz z sąsiedniej dochodziło dzwonienie tramwajów i szum wielkiego miasta.
Na obiedzie prócz Mamy i Ewy byli inni goście. Jakiś sędzia i prokurator, kolega wujka, gdyż Władysław Kuczyński, mąż cioci Oli, był prokuratorem. Zgrabna panienka podawała wymyślne potrawy na pięknej zastawie stołowej. Ewie rozlał się barszcz na śnieżno-biały obrus. Pokojówka, wycierając plamę, spojrzała karcąco na dziewczynkę. Nawet na wspaniały tort, podany na końcu, nie miała już potem Ewa ochoty.
Na drugi dzień powrót do Lwowa. Na początku podróży dziewczynka dzieliła się z mamą  wrażeniami z pobytu w Warszawie. W pewnej chwili powiedziała:  Na portrecie, który wisi w salonie ciocia Ola jest bardzo ładna.Tak, potwierdziła Mama. Jako młodziutka dziewczyna była śliczna. Prawie na każdym balu, a bywała na nich często, zostawała ,,królową balu." Nie czuła się jednak nigdy szczęśliwa, gdyż choć wyszła bardzo młodo za mąż, nie miała dzieci. Jest takie mądre ludowe, ruskie przysłowie: - ,,Ne rodysia krasna, ałe szczasna" Znaczy to:-,,Nie przychodź na świat piękna, ale szczęśliwa", a więc uroda nie zawsze daje szczęście. Ale dlaczego ciocia na portrecie jest w jakimś dziwnym płaszczu, jakby żołnierskim? - spytała Ewa.
Moja siostra Ola, podobnie jak wasz Tato, brała udział w obronie Lwowa, co więcej zasłużyła się w znaczącej mierze w wojnie z bolszewikami. Będąc młodą kobietą przenosiła z narażeniem życia meldunki od jednego oddziału wojskowego do drugiego. Za to otrzymała odznaczenie wojskowe i działkę żołnierską na Polesiu.
- To jest tak, jak z naszą Kniażyną – zauważyła dziewczynka.
- Właśnie tak – potwierdziła Mama. Ciocia Ola spędza w Kosowie wiele czasu pomiędzy wiosną a jesienią doglądając swojego gospodarstwa, a także pracując społecznie na rzecz miejscowej ludności, Poleszuków. Założyła tam ochronkę dla dzieci i zorganizowała kursy szycia dla okolicznych dziewcząt.
 - Zauważyłam, że ciocia Ola ma taki sam pierścionek jak mama i ciocia Mania.
 - Po śmierci dziadzia Hausera, naszego ojca, ciocia Mania kazała przetopić jego złoty sygnet i zrobić trzy jednakowe pierścionki, które teraz nosimy.
Jadąc do Lwowa Ewa cały prawie czas stała przy oknie pociągu obserwując zmieniający się krajobraz, aż zmęczywszy się, zasnęła na ławce. Mama milczała i była bardzo smutna. Pewnie dlatego, że babcia była chora.
Za kilka tygodni przyszła wiadomość o śmierci babci Hauserowej i Mama znowu pojechała do Warszawy na pogrzeb, ale tym razem już bez Ewy.

W pracowni Nussbauma-Hilarowicza
Mamo! – zagadnęła któregoś dnia Ewa. Wiem już jak poznali się dziadzio Hauser z babcią Wandą, a jak spotkali się Mama z Tatem?
Po śmierci dziadzia Hausera – zaczęła swą opowieść mama – ukończyłam seminarium nauczycielskie i szkołę realną, która umożliwiła mi wstąpienie na wyższą uczelnię. W tych czasach niezwykle rzadko przyjmowano kobiety na studia. Zgłosiłam się więc jako tak zwana ,,wolna słuchaczka" na Wydział Przyrodniczy Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Studiowałam bardzo pilnie, więc po pewnym czasie zostałam przyjęta do pracowni wielkiego uczonego, Józefa Nusbauma-Hilarowicza. Tam pracowało grono wybitnych naukowców, jak Rudolf Weigl, późniejszy wynalazca szczepionki przeciw tyfusowi, jego żona Zofia, Hirschler, Grochmalicki, a także Benedykt Fuliński, wasz przyszły ojciec.
 - Jak będę chodzić do szkoły dostanę świadectwo, a czy Mama też otrzymywała świadectwa?
 - Tak, mam zaświadczenia zdania poszczególnych egzaminów i ukończenia ćwiczeń. Mogę ci je pokazać. Z oszklonej szafy, tej zawsze zamkniętej na klucz, wyciągnęła Mama plik papierów. Ewa umiała już trochę czytać, rozłożyła je na biurku i wodząc palcem sylabizowała na każdym świadectwie: ce – lu – ją – co.

Rozmowa w ogrodzie
Była wiosna w pełni. Tato po południu rzadko szedł z powrotem na politechnikę, lecz sadził, przesadzał, plewił i grabił ścieżki w ogrodzie.
Kopanie i ciężkie prace wykonywał przeważnie Jacek. Ewa lubiła towarzyszyć ojcu pomagając mu jak umiała.
W pewne ciepłe popołudnie zagadnęła: - Jutro idę z Mamą do szkoły, żeby zapisać się do pierwszej klasy. Czy Tato chodził do szkoły we Lwowie?
 - Nie Ewusiu, ja chodziłem do szkoły w Stanisławowie. Mam nadzieję, że będziesz grzeczniejsza ode mnie, bo muszę ci się przyznać, że byłem wielkim urwipołciem. Dostałem nawet kiedyś niedostatecznie ze sprawowania.
 - Dlaczego? – spytała dziewczynka.
Gdy miałem 10 lat namówiłem trzech kolegów do zbudowania tratwy, aby popłynąć na niej rzeką Bystrzycą do Dniestru, a potem w dół rzeki do Zaleszczyk. Chodząc na wagary, zbudowaliśmy tratwę i popłynęliśmy Bystrzycą. Nie dotarliśmy do Dniestru, gdyż tratwa się rozleciała, a my cudem uniknąwszy utopienia, wylądowaliśmy na brzegu. Nie zraziło nas to wcale i zaczęliśmy naprawiać nasz wehikuł, aby popłynąć dalej. Zjawili się jednak żandarmi austriaccy i odprowadzili nas na posterunek. Wkrótce dostarczeni zostaliśmy do domów. Dostałem wtedy wielkie lanie, a w szkole niedostatecznie ze sprawowania. Lecz pragnienie poznawania nieznanych miejsc i oglądania pięknych krajobrazów pozostało mi do dzisiaj. Dopiero teraz z wami mogłem zrealizować moje marzenie spływu Dniestrem do Zaleszczyk. Czy pamiętasz wakacje?
 - O tak – powiedziała Ewa. Bardzo dobrze pamiętam naszą wycieczkę kajakową.
Szkoła
Tego dnia Mama kazała ubrać się Ewie w nową, granatową spódniczkę, białą bluzeczkę i zaprowadziła ją do szkoły, aby zapisać dziewczynkę do pierwszej klasy. Wychodząc z domu przykazała zapamiętać sobie dobrze drogę. Aniela będzie cię z początku odprowadzać, ale potem musisz chodzić sama – powiedziała. Szło się kawałek ulicą Tarnowskiego, potem boczną krótką uliczką na ulicę Krasińskiego, aż wreszcie ulicą Stelmacha. Schodziła ona w dół, stokiem Górki Jacka. W górnej części nie było przy niej żadnych domów oprócz szkoły św. Zofii. Był to ładny dwupiętrowy budynek. Właśnie skończyła się przerwa i dzieci wracały z boiska do klas. Z daleka szkoła wyglądała jak dwa przytulone do siebie ule. Do jednego otworu, wielkich, zaokrąglonych u góry drzwi wbiegały dziewczynki, do drugich obok, chłopcy. Między nimi przemknęła mała sylwetka Wojtusia.
Gruby, wąsaty woźny w granatowym mundurze i granatowej rogatywce na głowie zaprowadził Mamę z córką do kancelarii. Pani dyrektorka uprzejmie wskazała Mamie fotel, a dziewczynka stanęła z bijącym sercem przy biurku.
 - Jak się nazywasz? – spytała pani.
 - Ewa Fulińska.
 - Kiedy urodziłaś się i gdzie?
 - 4 marca 1925 roku we Lwowie.
 - A imię twojego ojca?
 - Benedykt.
 - Gdzie pracuje?
 - Jest profesorem politechniki.
 - Wiesz może także na jakim wydziale?
 - Wiem, na wydziale rolniczo- lasowym.
 - A powiesz mi jeszcze jak ma na imię twoja mama?
 - Stefania.
 - Znasz panieńskie nazwisko mamy?
 - Hauserówna.
 - Umiesz podać swój adres?
 - Tak, Lwów, ulica Tarnowskiego 82.
 - Trafisz sama do szkoły, a potem do domu?
 - Nauczę się.
 - To doskonale – powiedziała pani dyrektorka. Po wakacjach przyjdziesz do pierwszej klasy.

Sławsko
Te wakacje spędzała rodzina najpierw w Sławsku, a potem na Kniażynie. Do Sławska jechało się pociągiem niedługo. Była to górska miejscowość w Karpatach Wschodnich. Domem letniskowym stała się wynajęta od chłopów drewniana chata. W wielkiej izbie, trochę ciemnej, bo dwa małe okienka niewiele światła wpuszczały do środka, stał wąski stół drewniany, dwie ławy, a pod ścianą jedna długa prycza z siedmioma siennikami wypełnionymi słomą. Nad pryczą, wzdłuż całej ściany, wisiały poczerniałe od starości ,,święte obrazy". W niedzielny wieczór, dwie dorastające córki gospodarzy pięknie wystrojone w wyszywane koszule, wyszywane fartuszki i białe, ozdobione naszytymi kolorowymi kwiatkami kożuszki-serdaki, siadały na stosie belek i ślicznie śpiewały na dwa głosy. Były to dumki ukraińskie, bardzo podobne do tych, jakie Ewa słyszała nad Dniestrem. W upalne dni kąpano się w Oporze. Opór, górska rzeka pieniąca się po skalnych progach, w jednym miejscu miała głęboką i szeroką dziurę w dnie umożliwiającą pływanie.
Pewnego słonecznego popołudnia Tato powiedział wskazując na widoczny z daleka krzyż: - Pójdziemy dziś tam, na ,,naszą górę"
 - To my mamy własną górę? – zdziwiła się Ewa
 - No, nie całą – odparł Tato, tylko część lasu i właśnie to miejsce przy krzyżu.
Wznosił się on na wypłaszczeniu góry, ponad drogą wiodącą ze Sławska do Różanki. Z miejsca tego roztaczał się piękny widok. Góry ciągnęły się aż do zatarcia konturów w oddali. Na dole wił się srebrzyście-niebieski Opór, widoczne były chaty góralskie, cerkiewka i wille oraz pensjonaty służące wczasowiczom latem i zimą.
 - Jakie tu wspaniałe tereny narciarskie! – zachwycał się Stefan. Ten wysoki szczyt to pewnie Trościan?
 - Tak, rzekł Tato, najwyższy szczyt w tej okolicy. Chłopcy mogą pójść jutro na całodzienną wycieczkę, aby go zdobyć, a ja z Mamą i Ewusią zrobimy spacer tą drogą nad Oporem w kierunku Różanki. A teraz pokażę wam rysunki i plany domu, który w tym miejscu wybudujemy.
 - Czy to będzie murowana willa, może z czerwoną dachówką, jak te na dole? – spytał Wojtek.
 - O nie! Będzie to dom zbudowany z okrąglaków, czyli nieociosanych belek. Będzie miał dach z drewnianych gontów, a dookoła werandę, taką jaką znacie z chaty, w której teraz mieszkamy.
 - Co! To będzie chłopska chałupa? – zawołał z oburzeniem Wojtek.
 - O nie! – odparł tato. Będzie to tylko dom w stylu miejscowych górali – Bojków. Do obszernych pokoi z kominkami, duże okna będą wpuszczały wiele światła.
 - A co stanie się z krzyżem? – zapytała Ewa.
 - Pozostanie na tym samym miejscu. Będzie stał w obrębie ogrodu.
Tato i Jacek usiedli na stoku góry rozkładając rysunki i plany domu. Jacek pomagał w projekcie, wybierał się bowiem po maturze na architekturę. Wszyscy nachylili się nad rysunkami, tylko Wojtuś skrzywił buzię i nie chcąc nawet spojrzeć, odszedł na bok z obrażoną miną.
Po latach Tato wybudował ten uroczy dom, lecz rodzina nigdy w nim nie zamieszkała. Okazał się bowiem znacznie droższy, niż byłaby wymarzona willa Wojtusia i trzeba było go sprzedać.
Wiele wakacji spędzono jeszcze w Sławsku i oglądanie domu stało się częstym celem spacerów. Uznany był powszechnie za stylowy i piękny, więc nawet Wojtkowi zaczął się z czasem podobać.
Po wakacjach Ewa rozpoczęła naukę w szkole. W ciszy, jaka panowała rano w opustoszałym domu, czekał na nią w pudełeczku pod schodkami wierny, plastelinowy krasnoludek.


Dom w Sławsku. Rysował Jacek Fuliński
Stary Bernardyn
Po wakacjach w Sławsku i na Kniażynie nastąpiły w domu znaczne zmiany. Jędrek rozpoczął studia na wydziale chemicznym Politechniki Lwowskiej. Wojtek, po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej, wstąpił do Pierwszego Gimnazjum im. M. Kopernika, w którym już tradycyjnie kształcili się wszyscy chłopcy rodziny Fulińskich. Dla Ewy skończyła się także "złota wolność". Trzeba było rano wstawać i maszerować do szkoły.
W pierwszym roku nauki najprzyjemniejsza była lekcja religii. Stary dobroduszny Bernardyn, w przepaścistych kieszeniach swojej brunatnej sutanny nosił zawsze dla dzieci cukierki. Przyszedłszy do klasy rysował na tablicy mapę Ziemi Świętej, rzekę Jordan, jezioro Genezaret, Morze Czerwone, Egipt, Nil. Potem, zakasawszy sutannę, siadał na blacie pierwszej ławki trzymając nogi na jej siedzeniu. Dziewczynki podparłszy buzie rączkami, wpatrzone w błyszczącą łysinę i olbrzymie nosidło grubego zakonnika, słuchały z zapartym tchem, jak głębokim basem snuł opowieści biblijne. Przed oczyma wyobraźni wyczarowywał leniwie płynący Nil z brzegiem porośniętym papirusami. Wśród trzcin leżał w płytkiej wodzie koszyczek z maleńkim Mojżeszem. Piękna księżniczka otoczona smukłymi niewolnicami pochylała się nad dzieciątkiem. To znów niewielka postać przy olbrzymiej kolumnie pokrytej egipskimi hieroglifami stoi u stóp wysokiego tronu faraona. To mądry Józef sprzedany nikczemnie przez swoich braci w niewolę tłumaczy potężnemu władcy sen o siedmiu krowach tłustych i siedmiu chudych. Albo upalna noc palestyńska. Księżyc, gwiazdy i cisza, w której słychać tylko cykanie cykad. Wtem ciszę zakłóca stukanie kopyt osiołka o kamienisty grunt. To Matka Boska zdąża z Nazaretu do Betlejem. Opierając się na pasterskim kiju prowadzi osiołka św. Józef.
Stary Bernardynie! Mała uczennica ze szkoły św. Zofii we Lwowie nie przypuszczała, że po wielu, wielu latach, spoglądając na lśniącą taflę jeziora Genezaret i spacerując brzegiem rzeki Jordan, przypomni sobie mapę rysowaną kredą na tablicy i Twoje czarowne opowieści biblijne.

poniedziałek, 8 marca 2010

DOM NA GÓRCE JACKA (początek)



TAK TO SIĘ ZACZĘŁO

Jest jesień. Pada deszcz. Stoję przy oknie i spoglądam na ogród do niedawna zielony i ukwiecony. Teraz pokryty jest złotymi liśćmi opadającymi z drzew i krzewów. Jest pięknie, choć widok ten napawa melancholią i wywołuje żal za minionym latem. Dotąd spędzało się słoneczne popołudnia na balkonie czytając książki lub pracowało się w ogrodzie. W takie chmurne dni, gdy nie można nosa wychylić z domu, warto zabrać się do opisania zadziwiających niespodzianek, jakie mnie spotkały. Jest takie powiedzenie: "życie jest pełne niespodzianek", i to prawda. Teraz nie muszę już szukać dobrze zaostrzonego ołówka, czy należycie działającego długopisu oraz czystej kartki papieru. Siadam przy komputerze i stukam w klawisze. Jest to pierwsza z tych zaskakujących niespodzianek, które mnie i Frankowi przytrafiły się w tak już podeszłym wieku.
Kilka lat temu nasz syn Adaś zaproponował nam ofiarowanie swojego starego komputera, gdyż na jego miejsce zamierzał kupić sobie nowy. Wtedy doszliśmy do wniosku, że nie mamy na niego miejsca w mieszkaniu. Poza tym musielibyśmy uczyć się z niego korzystać. Wydawało nam się, że nie znajdziemy na to czasu ani ochoty.
Minęły dwa lata. Dobre pomysły przychodzą często w nieoczekiwanych momentach.
Sprzątając pewnej soboty mieszkanie zauważyłam, że maszynę do szycia z jednego pokoju można przenieść do innego. Tam trzeba ją postawić przy fotelu i położyć na niej lampę stwarzając miły kącik do czytania. Uzyskane w ten sposób miejsce przeznaczyć na stolik z komputerem. Tak zapadła decyzja o zakupie tego sprzętu.
Decyzja to jedno, a wykonanie drugie. Jak prawie osiemdziesięcioletnia pani, jaką wtedy byłam, zdoła właściwie nabyć tak nowoczesny i wysokiej klasy sprzęt?. Od czego jednak ma się wnuki!. Oleńka usłyszawszy o naszym zamiarze ofiarowała się wszystko za nas załatwić. Najpierw jednak trzeba było kupić stolik komputerowy. Wybrałam w sklepie meblowym odpowiedni model, który dostarczono nam do domu w formie paczki. Po jej otwarciu na podłodze rozsypała się sterta desek pełnych tajemniczych dziurek i kołków. Jak z tej kupy drewna stworzyć mebel oglądany przeze mnie w sklepie, nie miałam pojęcia. Była instrukcja, którą przeczytaliśmy, ale na niewiele się zdała. Raz było za dużo dziurek, kiedy indziej za mało kołków, a gdy zdawało się, że wreszcie dopasowaliśmy kołki do dziurek, wyszedł jakiś niesamowity kształt podobny do kubistycznej rzeźby, ale na pewno nie do stolika. W końcu Franek orzekł, że towar jest wybrakowany i trzeba będzie reklamować w sklepie. Nie miałam ochoty zmagać się z tym problemem. Zabrałam się więc do składania jeszcze raz. Jedną z desek obróciłam o 180 stopni i zadziałało. Za chwilę stolik stał gotowy na przyjęcie swojego pana – komputera .
Teraz do dzieła przystąpiła Oleńka. Razem z Januszem, jej przyjacielem, kupili, przywieźli i zainstalowali komputer i przeróżne programy. Po pewnym czasie także drukarkę i skaner.
I wtedy dopiero zaczęło się! Usiadłam przed monitorem, na którym uśmiechała się do mnie Oleńka na tle panoramy Tatr. Na planszy pełno było jakichś tajemniczych kolorowych znaczków, lecz znaczenia większości z nich nie rozumiałam. Postanowiłam wprowadzić do pamięci komputera napisane przed laty wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Wiedziałam tylko tyle, że mam za pomocą myszy uruchomić program oznaczony literą "W". Strzałka uciekała w różne strony, ale w końcu udało mi się wywołać na ekranie białą " kartkę" z migającym kursorem. Z trudem, myląc się ciągle, naciskając czasem nie to, co trzeba, napisałam kilka zdań. W pewnym momencie jedno słowo podzieliło mi się na dwie części znacznie od siebie oddalone. Widocznie za długo trzymałam palec na klawiszu spacji. Jak teraz połączyć te dwie części?. W końcu dałam sobie z tym radę, główkując przez dłuższy czas i próbując na różne sposoby. Zadowolona postanowiłam odłożyć pisanie do następnego dnia. Wiedziałam, że aby się wyłączyć, mam wskazać strzałką czerwony krzyżyk. Zrobiłam to. Na ekranie pojawiła się tabliczka z napisem: Czy chcesz dokonać zmian? Tak, nie, anuluj. Chwila zastanowienia. Żadnych zmian nie miałam zamiaru dokonywać, więc wskazałam na "nie" i zamknęłam program oraz komputer.
Na następny dzień zasiadłam do komputera z zamiarem dalszego pisania. Uruchomiłam program, a tu nic! Znowu czysta karta! Okazało się, że trzeba było, wbrew memu przekonaniu, na zapytanie, czy chcesz dokonać zmian, wskazać "tak". Musiałam napisać to jeszcze raz, wskazałam na "tak" i tym razem tekst został zachowany. W ten sposób metodą prób i błędów nauczyłam się pisać na komputerze. Wkrótce zapełniłam swój folder wieloma starymi i nowymi tekstami.
Pisząc historie rodzinne chciałam zilustrować je zdjęciami. Musiałam więc nauczyć się skanować stare fotografie i umieszczać w odpowiednim miejscu tekstu. Z początku pomagała mi w tym nasza córka Dorotka. Obserwując, jak ona to robi, przyswoiłam sobie w końcu tę umiejętność. Dokonując kiedyś codziennych zakupów, spostrzegłam na półce między innymi przemysłowymi towarami cienki, metalowy plasterek. Podpis informował, że jest to cyfrowy aparat fotograficzny; kosztował 200 zł. Zaintrygowana, kupiłam go nie mając pewności, czy potrafię się nim posługiwać. Okazało się to jednak łatwiejsze niż myślałam i odtąd zaczęłam stosować ten nieznany mi dotychczas sposób fotografowania.. Postanowiłam, że obiektem moich zdjęć będą kwiaty. Te w doniczkach, te w wazonach, a także, gdy przyszła wiosna, te ozdabiające ogród. Nauczyłam się fotografie odpowiednio przycinać w komputerze, rozjaśniać, przyciemniać itd.
Była to dla mnie wspaniała rozrywka. Utworzyłam sobie wiele folderów ze zdjęciami kwiatów i widokami zmieniającego się z upływem czasu ogrodu. Postanowiłam też umieścić w komputerze trochę ujęć zabytków pięknego Krakowa o różnych porach dnia.





Z czasem zaczęłam robić portrety. Wykonałam ich wiele. Spośród nich pewna ilość była nawet dość udana pomimo niskiej jakości aparatu określanego przez Oleńkę "dziecięcą zabawką". Na szczęście niektórzy członkowie rodziny okazali mi wielką cierpliwość (szczególnie Asia).                                                              


Pisząc moje opowieści z przeszłości, chciałam zilustrować je przedwojennymi, czasem bardzo starymi i zniszczonymi zdjęciami. Trzeba było niektóre z nich naprawiać w komputerze. Oleńka zainstalowała mi program Adope Photoshop do obróbki fotografii. Dała mi też płytę z dłuższym wykładem jak się nim posługiwać. Nauczyłam się więc dokonywać naprawy zdjęć w komputerze. Program ten umożliwia też malowanie obrazków. Najpierw wyczarowałam sobie kilka na białym tle. Potem spróbowałam stosować tak zwane "warstwy" i mogłam już tworzyć najrozmaitsze kombinacje kształtów i kolorów. I tak za sprawą komputera czas cofnął się dla mnie do czasów dzieciństwa, gdy za pomocą kredek woskowych rysowałam kolorowe obrazki.



Inną niezwyczajną niespodzianką, jaką sprawił ten nowy współuczestnik naszej codzienności, był internet i jego ogromne możliwości. Prócz ciekawych i pożytecznych wiadomości, można było uzyskać czasem nieznane dotąd informacje o własnej rodzinie. I tak, pod hasłem Benedykt Fuliński znalazłam obszerny życiorys mojego ojca i nie oglądaną nigdy jego fotografię z młodości, gdy pracował w muzeum Dzieduszyckich we Lwowie. Pod hasłem Leopold Hauser wyszukałam wyczerpujący życiorys mojego dziadka, ukochanego ojca mojej mamy. Znalazłam też ciekawą wiadomość o być może antenacie mojej babci Hauserowej, z domu Daukszanki. W 16-tym wieku żył pisarz litewski Mikołaj Dauksza, który przetłumaczył na język litewski biblię Jakuba Wujka. Czytając tę informację miałam refleksję, jak wspaniałym, tolerancyjnym państwem była Rzeczpospolita Obojga Narodów.
Nasze wnuki Krysia i Jaś przez dłuższy czas przygotowywali się na prawie dwumiesięczną wyprawę do Chin. Towarzyszami ich mieli być: ich znajomy Chińczyk studiujący w Kalifornii i pewien Amerykanin. Aby sporządzić dokładny plan tej wycieczki, musieli prowadzić z nimi wielogodzinne rozmowy. Robili to przez tak zwanego "skypa", czyli głosowego połączenia internetowego. Przy okazji zainstalowali to urządzenie także nam. Uznałam, że będzie to jedynie rekwizyt przy komputerze, gdyż mogliśmy się przecież porozumiewać telefonicznie. A tymczasem spotkała nas niespodzianka! Oleńka przeniosła się do Monachium robić doktorat w instytucie Plancka. Jeszcze przed wyjazdem zainstalowała nam kamerę do "skypa". Dzięki niej mogliśmy rozmawiać z naszą wnuczką przebywającą w niemieckim mieście tak, jakby siedziała naprzeciwko. My widzieliśmy ją, a ona nas. Za pomocą kamery pokazała nam też urządzenie swego tamtejszego mieszkania.
W lecie 2006 roku Krysia i Jaś zrealizowali swój plan podróży po Chinach. Przesyłali stamtąd mailem relacje ze swoich przeżyć i ciekawe zdjęcia. My także napisaliśmy na podany przez nich adres e-mailowy, mając nikłą nadzieję, że list ten dojdzie. Jakież było nasze zdumienie, gdy otwierając następnego dnia pocztę w komputerze stwierdziliśmy, że jest już od nich odpowiedź. Napisana została w kawiarence internetowej w jakimś prowincjonalnym mieście chińskim, czyli w naszym odczuciu – na końcu świata.

 
                                       Zdjęcie przysłane z Chin. Krysia w świątyni tybetańskiej.
                                                          Urocze spotkanie dwu ras

Dawno stwierdziłam, że życie w podeszłym wieku bywa pełne niespodzianek. Ktoś kiedyś powiedział, że bytowanie człowieka na tej ziemi zakreśla koło. Na starość często powraca się do krainy dzieciństwa.
W domu moich rodziców stał w salonie fortepian. Jako mała dziewczynka siadywałam przy nim i wystukiwałam jednym palcem jakąś wymyśloną przez siebie "melodię". Czasem było to z nudów, a nieraz pod wpływem jakiegoś przeżycia, często całkiem banalnego, jak to w przebiegu dnia małej dziewczynki. Impulsy przychodziły z otaczającej mnie przyrody w naszym ogrodzie. A to rozwinął się tulipan, a to zakwitła forsycja, a to w krzaku jaśminu rozpoczął swoje trele cudowny śpiewak – słowik. Niewątpliwie świadczyło to o pewnej wrażliwości muzycznej, która zresztą pozostała mi na zawsze. Krótko pobierałam lekcje gry na fortepianie. Będąc jednak dość chorowitym dzieckiem, wiecznie przeziębiającym się, z dręczącymi mnie anginami (co doprowadziło do usunięcia migdałków) nie mogłam kontynuować tej nauki. Gdy doszłam w końcu do ładu ze swoim zdrowiem, przyszła wojna i nikt nie miał głowy do tego, żebym mogła dalej uczyć się muzyki. W końcu nauczyłam się grać sama na tyle, że mogłam wygrywać sobie ulubione melodie. Uwielbienie dla muzyki Chopina doprowadziło do tego, że zaczęłam nawet wykonywać mazurki tego kompozytora. Było to naturalnie dalekie od doskonałości, ale zaspokajało moją potrzebę przeżywania tej pięknej muzyki. Potem wyjazd ze Lwowa i proza życia zepchnęła mnie z bliskiej sercu muzycznej ścieżki. Dopiero w późniejszym wieku powróciłam do tej w gruncie rzeczy pasji życiowej.
Człowiek nigdy nie zna siebie do końca. Nie wie, jakie talenciki drzemią gdzieś głęboko w jego mózgu, czy też, ująwszy to bardziej romantycznie – w duszy. Nauczywszy się trochę podstawowych wiadomości z teorii muzyki, babcia Ewa przedzierzgnęła się w małą Ewusię i zaczęła komponować niewielkie utworki. Trzeba stwierdzić, że ta starsza Ewusia rozpędziła się nie na żarty, bo skomponowała już sto kilkadziesiąt kawałków. Łaskawym słuchaczom z rodziny podobają się (jakżeby inaczej), a nawet obce osoby uznają je za miłe dla ucha (może z grzeczności). Nie to jest jednak najważniejsze, lecz radość, jaką sprawia mi ta zabawa. Impulsy są takie same jak za czasów małej Ewusi. Mogą to być na przykład wspomnienia z wakacji z wnukami. Tytuły kompozycji na ten temat są następujące: "Noc zapada nad jeziorem", "Poranek nad jeziorem", "Burza", "Wśród szuwarów". Inne przykładowe nazwy utworów to: " Wiosna w ogrodzie", "Noc księżycowa" i.t.p. Chętnie piszę też wariacje. Sięgając pamięcią do kajakowego spływu Dniestrem całej naszej rodziny, gdy miałam pięć lat, stworzyłam wariacje na temat dwu dumek ukraińskich "Oj ne chody Hryciu..." i "U susida...". Nawet popularna piosenka latynoska "Besame mucho" stała się inspiracją do napisania wariacji. Muzykę tę traktuję, jak "pastuszkowe granie na fujarce". Nie mniej daje mi ona radość tworzenia.
Ten nagły przypływ natchnienia, czy jakby to nazwać, jest dla mnie prawdziwą niespodzianką.
Ostatnio nagrywam swoje kompozycje i utrwalam je na płytach, aby można było tę muzykę odtworzyć w komputerze lub na innym sprzęcie. Zawdzięczam to w dużej mierze Jaśkowi, który zainstalował mi program i kupił odpowiednie kable do mego pianina elektronicznego.
Moja muzykalna wnuczka Asia słuchając tych utworków stwierdziła, że mogą one stanowić dobre tło dla krótkich filmików lub pokazów slajdów. Wyszukała mi odpowiedni program w komputerze, więc zaczęłam tworzyć rozmaite wideo. Tematem ich są moje zdjęcia kwiatów, wnuków, wakacje w różnych latach. Tworzenie tych projektów daje mi wiele radości. Nigdy nie przypuszczałam, że w ten sposób będę mogła realizować swoje marzenia.
Oglądając kiedyś You Tube pewnego znajomego wpadłam na myśl, aby część moich wideo umieścić w You Tube pod pseudonimem kren4325. Są to przeważnie fotografie kwiatów i zabytkowego Krakowa ilustrowane moją muzyką.
A teraz założyłam bloga!
Życie po osiemdziesiątce zaiste jest pełne niespodzianek.

Wspomniałam w mojej refleksji zatytułowanej" TAK TO SIĘ ZACZĘŁO", że po zakupie komputera wprowadziłam do jego pamięci teksty, które napisałam już dawniej. Są to między innymi wspomnienia z lat dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonych we Lwowie. Starałam się w nich oddać nie tylko losy mojej rodziny, lecz także atmosferę i piękno tego wyjątkowego miasta. Pragnęłam też przekazać moim wnukom zmagania członków rodziny z obydwoma okupantami (sowieckim i niemieckim). Są w tych wspomnieniach przedstawione losy wielu ludzi, zarówno zwykłych obywateli Rzeczypospolitej jak i osób wybitnych. Drogi życia mieszkańców Lwowa oraz ogólnie Kresów Wschodnich były w czasach wojny i krótko po niej często dramatyczne, czasem tragiczne. Uznałam, że powinnam o nich opowiedzieć najmłodszym członkom rodziny, aby "ocalić je od zapomnienia" Zaczynam więc swoją opowieść, którą podawać będę w niewielkich odcinkach.

Wstęp
Moja mała wnuczka Oleńka często prosiła: Babciu, opowiedz o swoim dzieciństwie, domu we Lwowie, o prababci, pradziadziu i twoich braciach.
Zaspokajałam ciekawość dziewczynki i sięgałam pamięcią do dawnych czasów. Niektóre opowiadania miały szczególne powodzenie, z czasem nie tylko u Oleńki, ale także u jej małej siostrzyczki Asi. Na wspólnie spędzanych wakacjach, do amatorek historii rodzinnych dołączyły następne wnuczęta, Krysia i Jasio. Dzieci żądały, aby babcia powtarzała je wielokrotnie, co - przyznam szczerze - trochę mnie nudziło i męczyło. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, aby je spisać.
Tak powstały opowieści o domu na Górce Jacka*. Z początku, przeznaczone dla małej Oli, były to wspomnienia z dzieciństwa. Zatytułowałam je "O pewnym domu, pewnej dziewczynce i pewnym mieście". Obejmowały one okres od 1929 - do 1-go września 1939 roku.
Z czasem zaczęłam opowiadać różne zdarzenia i przeżycia z okresu wojny. Spisałam je także dając im tytuł "Czas wojny".
Sądzę, że nawet po wielu latach, a może właśnie dopiero wtedy, wszystkie moje wnuki sięgną po te opowiadania. Będą mogli się z nich dowiedzieć wiele o swoich dziadkach, pradziadkach, prapradziadkach, a nawet jeszcze odleglejszych przodkach. Znajdą także historię rodziny z okresu wojny, a ponadto opis trudnego, lecz pełnego przygód życia we Lwowie w tym czasie. Przez miasto to bowiem przewalały się trzykrotnie działania frontowe, przynosząc za każdym razem zmianę okupanta, a więc zmianę trybu życia. Wydaje mi się też ważne, aby została przekazana i zachowana w pamięci wiedza o uczestnictwie rodziny w ruchu oporu.

* Tak nazywana przez mieszkańców Góra św. Jacka

DOM NA GÓRCE JACKA
CZĘŚĆ PIERWSZA
O PEWNYM DOMU, PEWNEJ DZIEWCZYNCE
I PEWNYM MIEŚCIE


Dom
Dom wydawał się dziewczynce najpiękniejszy ze wszystkich, jakie widziała. Stojąc w rzędzie obok innych domów, wyróżniał się białością i urodą. Kiedyś usłyszała jak ktoś powiedział, że podobny jest do warszawskiego Belwederu lub greckiej świątyni.
Od strony dużego ogrodu opadającego tarasami w dół zbocza, cztery grube kolumny podtrzymywały sklepienie nad dwoma dużymi balkonami pierwszego i drugiego piętra. Po obydwu ich stronach wspinało się na ściany domu dzikie wino zielone latem, jesienią zaś ognisto-czerwone.
Ewie, bo tak nazywała się dziewczynka, dom wydawał się nie tylko piękny, ale także dziwny, a nawet tajemniczy. Od strony dużego ogrodu dwupiętrowy, stawał się małym domkiem jednopiętrowym, gdy wychodziło się przed bramę, niewielki ogródek i furtkę na ulicę.
Pewnego razu Ewusia, tak najczęściej wołano na dziewczynkę, bawiła się piłką w małym ogródku. Nagle piłka wpadła przez otwartą bramę na klatkę schodową, stoczyła się po kilkunastu stopniach w dół, odbiła od ściany długiego przedpokoju prowadzącego do dużego ogrodu i wypadła na zewnątrz. Wtedy Ewa zrozumiała tajemnicę domu. Stał na stoku wzgórza i część domu ukryta była w ziemi. Dlatego to pierwsze piętro od strony dużego ogrodu było parterem od strony ulicy. Taki to był dziwny dom.
W domu tym mieszkała Ewusia ze swoją Mamą, swoim Tatem i czterema braćmi: Jędrkiem, Jackiem, Stefanem i Wojtkiem.

Mama
Najważniejsza i najukochańsza była mama. Czuło się jej obecność wszędzie tak, jakby w każdej chwili była w każdym kąciku domu.
Często śpiewała dziewczynce różne piosenki, niektóre smutne, inne wesołe, a nawet śmieszne.
Nade wszystko jednak lubiła Ewusia słuchać mamy opowiadań. Wspominała często czasy, gdy sama była małą dziewczynką i mieszkała w domu przy ulicy Batorego ze swoją Mamą, Tatem i dwiema starszymi siostrami Manią i Oldzią. Sama nazywała się Stefanią, a Tato dziewczynki nazywał ją Stefaneczką.


Stefania Hauserówna (Fulińska)

Stefania Fulińska
Ewusia miała książkę, w której na pierwszej stronie wyrysowany był człowiek z długą brodą i kręconymi włosami, unoszący się w chmurach nad ziemią. Spojrzenie miał surowe i energię w twarzy. Była to biblia, a stary człowiek przedstawiał Pana Boga. Dla Ewy Tato był podobny do niego, chociaż nie miał brody tylko wąsy, a niebieskie oczy spoglądały łagodnie. Przychodząc z politechniki do domu na obiad pytał zawsze: - nikt nie zrobił dziecku krzywdy?. Na co nieodmiennie otrzymywał odpowiedź – nie, choć Ewusia miała często powody, aby poskarżyć się na dwóch młodszych braci, Stefana i Wojtka.
Rano przy goleniu śpiewał bardzo grubym głosem: - „Ewa piękna i wspaniała, którą wielbi cały świat” – Mama uśmiechając się powiedziała dziewczynce, że przekręca w ten sposób słowa arii z opery Meyerbeera „ Hugenoci”. Zamiast „ Ewa” powinno być „dama”.
Przy fortepianie w salonie stała oparta o półkę z nutami wiolonczela. Raz Ewusia słyszała jak Tato grał na niej bardzo smutną melodię. Powiedział jej, że to pieśń Mendelssohna. Pewnego dnia Stefan i Wojtek zerwali jedną strunę wiolonczeli i od tego czasu stała cicho w kąciku między fortepianem, a półką na nuty.


Benedykt Fuliński w Wenecji
Jędrek
Najstarszego brata Jędrka, Ewusia uważała za dorosłego, tak jak mamę i tatę. Chodził do gimnazjum i do domu wracał podobnie jak tato na obiad. Wtedy porywał Ewę na ręce i podrzucał wysoko do góry aż pod sufit jadalni. Potem łapał ją i podrzucał znowu. Czasem brał ją na ramiona i biegał dookoła stołu, albo chwytał za ręce tak, że przewracała w powietrzu koziołka. Było to bardzo przyjemne i zabawne.
Przy obiedzie rozmawiał z Ojcem z wielkim zapałem o polityce, lub jedząc zupę czytał gazetę. Potem szedł do swego pokoju na górze i uczył się, bo mówiono, że trzeba bardzo pracować, żeby przejść do następnej klasy i za rok zdać maturę.

Jacek
Jacek, młodszy od Jędrka wydawał się Ewie także dorosły. Wracał też późno z gimnazjum i zaraz szedł do Mamy i opowiadał wszystko, co zaszło w szkole. Ewusia często przysłuchiwała się, gdy Mama pomagała Jackowi we francuskim, który sprawiał mu wiele trudności. Za to z rysunków i matematyki był bardzo dobry.
Jacek umiał wszystko zrobić. Cokolwiek zepsuło się w domu, od razu przez niego było naprawione. W ogrodzie stała duża altana ze stryszkiem, na który wchodziło się po drabinie. To ulubione miejsce zabaw młodszych braci i Ewy było jego dziełem. Mając jedenaście lat sam z pomocą swoich kolegów wybudował tę altanę z resztek po budowie domu.
Dziewczynka bardzo lubiła bawić się w tej altanie. W deszczową pogodę można było siedzieć na stryszku, gdyż podłoga pokryta była pachnącym siankiem. Tam też odbywało się wiele wspaniałych zabaw.


Benedykt i Stefania Fulińscy z Jędrusiem i Jacusiem
Stefan
Starsi bracia mieli oczy niebieskie i dość jasne kręcone czupryny. Młodsi, tak jak Ewa, mieli oczy piwne i ciemne włosy.
Stefan był wysokim, szczupłym chłopcem. Gdy Ewusia miała cztery lata sięgała mu do pasa. Rozpoczynał naukę w gimnazjum, czuł się więc bardzo ważny i domagał się posłuszeństwa od młodszego rodzeństwa. Między nim, a młodszym o dwa lata Wojtkiem wybuchały często kłótnie i bijatyki. Ewusia zawsze stała po stronie Wojtka, bo był mniejszy i słabszy. Broniła go więc jak umiała. Bardzo śmiesznie musiała wyglądać piramida tworząca się, gdy Stefan siedział na Wojtku okładając go pięściami, a Ewa wisiała na plecach Stefana przychodząc na pomoc młodszemu z braci. Na odgłosy walki i krzyki Ewusi przybiegała Mama i rozdzielała zapaśników. Parę minut spoglądali na siebie spode łba. Już za chwilę jednak można ich było widzieć, jak zgodnie bawili się, lub rozmawiali, a Ewa skakała wesoło koło nich.
Stefan był bardzo muzykalny. Często siadał przy fortepianie i grał z pamięci różne melodie. Chodził także na lekcje muzyki. Mama gniewała się na niego, że nie chce ćwiczyć gam, palcówek, ani grać z nut zadane przez panią nauczycielkę ćwiczenia. Ewa jednak nie lubiła gam, tylko melodie piosenek, które grywał z pamięci.

Wojtek
Wojtek, najmłodszy brat, był rumianym chłopczykiem o dużych czarnych oczach. Chodził do trzeciej klasy i podczas gdy Ewusia bawiła się w domu, czy w ogrodzie, on musiał rano wstać i iść do szkoły.
W południe wracał i od razu biegł do ogrodu, lub na wzgórza za ogrodem i bawił się z kolegami do obiadu. Nie pomagały surowe napominania Mamy, że lekcje trzeba odrabiać zaraz po przyjściu ze szkoły. Dzień upływał na zabawie, a wieczorem Ewusia często pomagała Mamie zdejmować buty i ściągać ubranie z Wojtka, który zmęczony zasypiał nad książką. Rano słychać było słowa Mamy: - Wojteczku! Wstawaj! Jeszcze trzeba powtórzyć wierszyk, a nie możesz spóźnić się do szkoły, bo pan postawi cię do kąta, albo ksiądz uderzy linią po palcach.
Wojtuś wychodził z domu ostatni, bo szkoła świętej Zofii była niedaleko. Po jego wyjściu dom stawał się cichy, pusty i jakby jeszcze większy.

 
                                              Od góry z lewej: Jacek, Jędrek, Wojtek, Stefan

Ogród
W ogrodzie kwitły jeszcze różnokolorowe georginie i kilka róż, choć liście z drzew zaczynały już żółknąć i opadać. Dnie były ciągle jeszcze słoneczne, lecz chłodne.
W taki słoneczny poranek, kiedy opustoszał dom pojawił się w ogrodzie krasnoludek. Był malutki jak paluszek, wiercipięta i ciekawski. Ewusia zrobiła go z kawałka czerwonej plasteliny znalezionej na biureczku Wojtusia. Kiedy ulepiła mu duży nosek i włożyła dwa niebieskie koraliczki jako oczka, mrugnął jednym z nich wesoło do dziewczynki i odtąd stał się jej nieodłącznym towarzyszem. Zamieszkał w norce pod krzakiem róży pnącej się na balkon przy oknie do jadalni. Okno to było najważniejsze w całym domu. Nie tylko dlatego, że stała pod nim ławeczka, na której można było siedzieć i bawić się, ale przede wszystkim dlatego, że wszystkie dzieci przez to właśnie okno wyskakiwały z jadalni wprost do ogrodu. Ewa dopiero co nauczyła się przystawiać sobie krzesełko pod okno i przełazić przez nie na ławeczkę i z niej na ziemię. Chłopcy przeskakiwali je wprost. Dorośli wychodzili do ogrodu przez drzwi, ale była to daleka droga. Trzeba było przejść przez długi korytarz, a dzieciom zawsze spieszyło się do zabawy.
Tej pięknej jesieni Ewa i jej przyjaciel spędzali całe dnie w ogrodzie. Jak tylko dziewczynka pojawiała się, krasnoludek wskakiwał do kieszonki fartuszka i tylko oczka i nosek wystawiał na zewnątrz. Ogród był duży i opadał tarasami ze wzgórza, na którym stał dom. Pod oknami jadalni owalny klomb z kwiatami okalała ścieżka, którą można było biegać aż do zawrotu głowy. Dwoma schodkami schodziło się na niższy, większy taras pełen drzew owocowych, krzewów i kwiatów. Tu, po lewej stronie stała altana pod orzechem. Po prawej rosły maliny, śliwy, a rozłożyste gałęzie białej czereśni zapraszały do wspinania się. Pięć schodków prowadziło na najniższy poziom. Tu był kort tenisowy nazywany przez dzieci boiskiem. Odbywała się na nim większość zabaw. Można tu było grać w tenisa, w piłkę, w palanta, bawić się w „łapankę” lub w „klasy”.



                   Tato z dziećmi w ogrodzie na ławeczce pod oknem                   

Nasze miasto
Mama i młoda służąca Aniela były rano bardzo zajęte sprzątaniem domu i gotowaniem obiadu. Jak Aniela szła na zakupy, Ewusia towarzyszyła Mamie przy pracach gospodarskich słuchając piosenek, opowiadań, a także zadając najrozmaitsze pytania.
Właśnie Mama krajała na stolnicy cieniuteńki makaron lewą ręką tak szybko, aż migało w oczach. Dziewczynka zawsze dziwiła się, że Mama umie wszystko robić lewą ręką tak samo dobrze jak prawą.
- Dlaczego miasto w którym mieszkamy nazywa się Lwów? – spytała.
- Jest legenda, którą ci opowiem – rzekła Mama.
Dawno, bardzo dawno temu, gdy miasto nasze było jeszcze małym grodem, otoczonym drewnianą palisadą i fosą z wodą, dzikie hordy Tatarów napadły na mieszkańców, a ci bronili się dzielnie jak lwy i nigdy nie wpuścili wrogów do grodu. Dlatego został on nazwany Lwowem. W herbie miasta jest lew czuwający u jego bram, a na rynku przed ratuszem siedzą na straży dwa kamienne lwy.
- My też mamy swego kamiennego lwa, który strzeże naszej bramy do domu – zawołała Ewusia. Wybiegła przed bramę i pogładziła rzeźbioną grzywę śpiącego na postumencie lwa.

Kopiec Unii Lubelskiej
Była niedziela. Po śniadaniu Mama powiedziała: Ewusiu, musimy przygotować się, bo idziemy wszyscy na Kopiec Unii Lubelskiej.
- Co to za kopiec? – spytała dziewczynka.
- Ten kopiec – odpowiedziała Mama, został usypany przez mieszkańców Lwowa za miastem na wzgórzu na pamiątkę ważnego wydarzenia historycznego, unii Polski z Rusią i Litwą. Jak będziesz większa, dowiesz się o tym więcej na lekcjach historii.
Starsi chłopcy wzięli plecaki z jedzeniem oraz ciepłym ubraniem i wszyscy wyruszyli na wycieczkę. Trzeba było najpierw zejść z górki Jacka, na której stał dom, na plac Św. Zofii gdzie był przystanek tramwajowy, pojechać daleko tramwajem, a potem iść długo i bardzo pod górę, aby dotrzeć na szczyt kopca.
Ewusia zmęczyła się, ale gdy spojrzała z góry dookoła zapomniała o zmęczeniu.
Z kopca roztaczał się prześliczny widok. Z jednej strony na zalesione i pokryte polami wzgórza, a z drugiej na miasto. Miasto Lwów. Dachy domów i wysokie wieże kościołów wyłaniały się z drzew kolorowych od jesiennych barw liści. Dziewczynka zdziwiła się, że miasto jest tak rozległe i tak malowniczo położone na pagórkach.
- O! Ratusz i wieża katedry – zawołał Jacek.
- A tam kościół Bernardynów, kopuła kościoła Dominikanów, wieża cerkwi wołoskiej Korniaktów, kościół Karmelitów Bosych, kościół Jezuitów – objaśniał młodsze rodzeństwo Jędrek.
- Widać kościół Świętego Mikołaja, naszą parafię - wykrzyknął Stefan.
Tato wskazał Uniwersytet Jana Kazimierza i Politechnikę.
- A nasz dom gdzie? – spytał Wojtek. Tam jest Górka Jacka, ale z tej odległości domu nie widać.
Ewusia patrząc na ten wspaniały widok poczuła dumę, że Lwów jest tak pięknym miastem. Powrotną drogę do tramwaju odbyła zmęczona dziewczynka na plecach Jędrka. Rytmiczny krok ukołysał ją i zasnęła. Obudziła się dopiero na placu Świętej Zofii. I znowu rozpoczęła się wspinaczka na Górkę Jacka do domu.

Jesienna szaruga
Nagle skończyły się piękne dni. Na dworze deszcz i wiatr. Ewusia stała przy oknie pokoju, w którym sypiała razem z mamą. Obok niej krasnoludek przykleił nosek do szyby i wisiał na nim spoglądając niebieskimi koraliczkami na moknący ogród. Od wczoraj nie mieszkał już pod krzakiem róży, tylko spał w pudełeczku pod krętymi schodkami łączącymi pokoje na górze z holem, jadalnią i kuchnią na dole.
Mama i Aniela były bardzo zajęte w kuchni, a w pokojach na górze panowała cisza, aż w uszach dzwoniło. Ewusia przeszła do środkowego pokoju zwanego salonem. Drzwi prowadzące na duży taras z kolumnami, na którym tak dobrze było się bawić, okazały się teraz zamknięte. Usiadła więc na krzesełku przy fortepianie i zaczęła brzdąkać. Nie umiała jeszcze grać jak mama, Jacek i Stefan, a tak chciałaby wygrać sobie jakieś melodie. Znudzona brzdąkaniem zaczęła oglądać ściany salonu. Ile tu obrazów! Na jednej ścianie wisiał portret taty siedzącego w fotelu. Na innej dziwne drzewo, zza pnia którego wyglądało czyjeś oko. Był też Hucuł kierujący tratwą na spienionej rzece. Wisiały jeszcze inne wielkie obrazy, kolorowe i całkiem inne od obrazków w dziecinnych książeczkach. Ewa słyszała, że namalował je przyjaciel Tata znany malarz, Kazimierz Sichulski.


Z salonu przeszła do pokoju Tata. Tu, nad tapczanem przykrytym aksamitną kapą, wisiał kilim przedstawiający śmiesznego człowieczka z czerwonymi kwadratowymi oczkami i niebieskimi ustami, a także kanciastego pieska i lecące dzikie kaczki. Choć dywanów w domu było wiele, to tylko ten wydawał się Ewusi trochę śmieszny. Zdjęła więc pantofelki, wylazła na tapczan i dała człowieczkowi prztyczka w nos. Zeszła jednak prędko, bo z drugiej ściany spojrzał na nią surowo z portretu czarnymi oczyma brodaty pan.
 
Ewusia wiedziała, że jest to dawno już nieżyjący ukochany Ojciec mamy, Leopold Hauser.Po obu stronach tapczanu stały półki aż pod sufit zapełnione książkami. Była tam także szafa z oszklonymi drzwiami, zamknięta na klucz. Tu chowano ważne dokumenty, ale także grube czerwone książki z przepięknymi obrazkami. Te książki dostawała Ewusia tylko wtedy do oglądania, gdy była chora i leżała w łóżku. Mama wyjaśniła jej, że to „ Historia Malarstwa”. Przy oknie stało duże biurko z wielką ilością szuflad i szufladeczek. To biurko Tata, które niegdyś należało do dziadzia Hausera. Ewusia wzięła z biurka muszlę w brązowe kropki i przytknęła ją do ucha. Wojtuś powiedział, że szumi w niej dalekie południowe morze, z którego została wyłowiona. Najciekawszy jednak był wielki zegar stojący pod lustrem w złotych ramach. Piękna kobieta trzymająca w ręku wagę opiera się lekko o tarczę zegara. Ewie wydawała się zawsze ze złota, ale Mama powiedziała, że jest z mosiądzu i przedstawia boginię Temidę ważącą na szali ludzkie winy. Był to prezent ślubny, który ofiarował rodzicom wuj taty, Widajewicz, brat babci Fulińskiej.
Teraz dziewczynka wbiegła do następnego pokoju. Po południu uczył się w nim Jędrek i wtedy tam wchodzić nie było wolno. Znowu nosek krasnoludka przykleił się do szyby. Plastelinowy ludzik bardzo się zdziwił, że z tego okna był całkiem inny widok niż z pokoju Mamy i Ewy. Znajdowało się ono znacznie niżej, a za płotem małego ogródka biegła ulica wysadzana drzewami. Były to klony i zasypywały chodnik i mały ogródek masą ogniście kolorowych liści.
W następnym pokoju sypiali i uczyli się Jacek i Stefan. Z okien widać było furtkę na ulicę, a także głowę kamiennego lwa drzemiącego na postumencie przy bramie.
Właśnie Ewusia wyszła z holu, z którego prowadziły osobne drzwi do salonu, pokoju Tata i pokoi chłopców, mając zamiar zbiec po krętych schodach na dół do kuchni, gdy odezwał się dzwonek przy bramie. Pędem wpadła do przedpokoju, otworzyła drzwi wejściowe do górnej części mieszkania i zbiegła po kilku schodach do bramy.
To dzwoniła Danusia, rówieśniczka Ewy, stała towarzyszka zabaw. Za chwilę ciszę domu zakłóciło tupotanie dwu par nóżek, krzyki i śmiechy.