sobota, 13 marca 2010

4.DOM NA GÓRCE JACKA c.d. (Kniażyna)

Kniażyna czy Wola Wilsona ?
Jak miło po trudach wycieczki być w domu. Krasnoludek znowu zamieszkał pod różą pnącą się przy oknie z jadalni. Wieczorem zasypiał przykryty kołderką z różowych płatków, wielkim nosem wciągając zapach maciejki roznoszący się po całej okolicy.
Kilka dni minęło, a tu znowu trzeba zbierać się do wyjazdu.
 - Mamo! – spytała Ewa – gdzie my właściwie jedziemy? Stefan powiedział, że na Wolę Wilsona, a Wojtek na Kniażynę. Nazwa Kniażyna – odpowiedziała Mama – jest bardzo stara. Znaczy ona, że wieś o tej nazwie należała przed wiekami do kniazia, czyli księcia Wiśniowieckiego, pana zamku w pobliskim Wiśniowcu. W sąsiedztwie Kniażyny założona została nowa osada nazwana Wolą Wilsona na cześć prezydenta Stanów Zjednoczonych Wilsona, wielkiego przyjaciela Polaków. My jedziemy właśnie do tej nowej osady, którą potocznie wszyscy zwykli nazywać Kniażyną. Osada należy do byłych żołnierzy, walczących o wolność Polski. Wasz Tato otrzymał tam także od Państwa Polskiego ziemię jako obrońca Lwowa. Wybudowany przed kilku laty dom czeka teraz na nasze przybycie.
Większość podróży pociągiem w okolicę Wiśniowca na Wołyniu Ewusia przespała, gdyż jechało się nocą. Na malutkiej stacyjce kolejowej czekały trzy drabiniaste wozy zaprzężone w dorodne konie. Pakunki załadowano na jedną furę, a rodzina rozsiadła się w dwu pozostałych. Potem jazda wyboistą, zakurzoną drogą przez las i pola, od których w palącym słońcu bił złoty blask od dojrzewających zbóż.
Wkrótce, w widocznej z daleka zielonej plamie drzew, dostrzec można było czerwone i czarne dachy domów Kniażyny. Wreszcie kawalkada wozów zajechała na duży dziedziniec przed szerokim niskim domem obrośniętym częściowo dzikim winem. Wzdłuż żółtawych ścian stały sztywno różowe malwy. Przez ganek dzieci wpadły do kuchni z prawdziwym wiejskim piecem do pieczenia chleba, a dalej do jadalni i kilku następnych pokoi. Mebli prawie nie było. Duży drewniany stół, parę krzeseł, a pod ścianami łóżka z siennikami.
Z największego pokoju wszyscy wyszli na duży zacieniony ganek z daszkiem wspartym na drewnianych słupach owiniętych dzikim winem. Stąd zaś wprost do sadu pełnego drzew, obwieszonych ciemno – czerwonymi wiśniami. Owoce zaczęły już spadać i sporo leżało na trawie. Łatwo było je podnieść i utopić zęby w soczystym, winnym miąższu.
A tymczasem przyszedł z sąsiedztwa pan Dubiel z żoną i dwoma synkami, rówieśnikiem Ewy, Heniem i młodszym nieco Mieciem. Pani Dubielowa przyniosła kosz, a w nim bochen świeżego, wiejskiego chleba, masło i dzban kwaśnego mleka, które można było krajać nożem. Pan Dubiel położył na stole talerz z plastrem miodu. Ewusia nie przypominała sobie, żeby jadła kiedykolwiek coś równie smacznego, jak ten pachnący chleb z masłem i miodem hreczanym. Pan Dubiel był dzierżawcą i doglądał gospodarstwa przez cały rok.
Reszta wakacji zeszła dziewczynce na zabawach z Heniem, Mieciem i innymi dziećmi z sąsiedztwa. Czasami pasło się na pobliskiej łące krowy: Kalinę, Malinę i Łaciatą ze ślicznym małym cielątkiem. Jędrek, Jacek, Stefan i Wojtek pomagali z zapałem przy żniwach. Nawet Ewa jechała raz wozem na wysokiej stercie snopków do stodoły.
Wielki upał dawał się we znaki. Tylko w sadzie panował przyjemny chłód. Wszyscy żałowali, że nie było w pobliżu rzeki, nawet mniej pięknej niż Dniestr, który pozostał już tylko we wspomnieniach.

Dom na Kniażynie. Rysunek Jacka Fulińskiego
Nowi lokatorzy
Wczesna jesień tego roku, słoneczna i ciepła, niewiele różniła się od lata. Chłopcy wychodzili rano do szkoły, a Ewusia całe dnie spędzała ze swym przyjacielem krasnoludkiem w ogrodzie.
A tymczasem w domu zaszły wielkie zmiany. Miła pani Pietruska, która pisała list do św. Mikołaja, urodziwszy drugiego synka Rysia, wyjechała z dziećmi na wieś do majątku ziemskiego swojego męża. Do mieszkania na górze wprowadził się profesor Leon Chwistek z żoną i córką Alinką, rówieśnicą Stefana. Po szkole Alinka schodziła do ogrodu i grała z chłopcami w piłkę, a najczęściej w palanta. Raz wzięła Ewę na górę, aby pokazać jej swoje książki z barwnymi rycinami. Jak inaczej było tu teraz niż za czasów pani Pietruskiej. Na ścianach wisiały kolorowe obrazy. W jednym pokoju stały sztalugi z rozpiętym, częściowo zamalowanym płótnem. Na stoliczku obok leżały farby i mnóstwo różnej wielkości pędzli. Mama wyjaśniła dziewczynce, że pan Chwistek był nie tylko profesorem na Uniwersytecie i wybitnym filozofem, ale także malarzem.
Pewnego dnia, otwierając na dźwięk dzwonka drzwi wejściowe do mieszkania, ujrzała Ewa dużą, ociężałą postać pana Chwistka i jego różową twarz.  Wręczył dziewczynce kilka arkuszy papieru, farby, pędzelki i powiedział: namaluj Ewusiu obrazek, a jak skończysz, przynieś go do mnie.
Dziewczynka namalowała targ z jarzynami i owocami, jaki widziała, gdy robiły z Mamą zakupy na placu św. Zofii. Był to bajecznie kolorowy obrazek. Po kilku dniach pan Chwistek powiedział, że wysłał go do Wiednia. Mama wyjaśniła dziewczynce, że Wiedeń jest stolicą Austrii i tam odbędzie się wystawa obrazków dziecięcych, a pan Chwistek twierdzi, że "każde dziecko jest artystą".

Dziadzio Hauser
Po pięknych dniach przyszła słota. Ulica Tarnowskiego zasypana została opadającymi z klonów czerwonymi i żółtymi liśćmi. Ogród mókł w strugach deszczu. W taki ranek najprzyjemniej było w ciepłej kuchni przy Mamie. Obie z Anielą miały wiele pracy z przygotowaniem obiadu, zwłaszcza, że rodzina powiększyła się o siostrzeńca Mamy, Leszka Wiśniewskiego, syna cioci Mani. Leszek był przyrodnikiem jak Tato, pracował nad doktoratem i razem wychodzili do instytutu, razem zjawiali się na obiedzie, a po południu znowu szli, aby wrócić późnym wieczorem.
Przychodzę z gabinetu Tata – powiedziała dziewczynka. Nie mogę się tam bawić, bo wydaje mi się, że czarne oczy dziadzia Hausera z portretu wodzą za mną po pokoju.
 - Niesłusznie się boisz Ewusiu – uspokoiła ją Mama. Dziadzio Hauser był człowiekiem łagodnym i nadzwyczaj kochającym i dobrym ojcem. Umarł, gdy miałam 18 lat, a dotychczas bardzo za nim tęsknię. Był to człowiek niezwykły i wielki polski patriota. Gdy żył, Polska znajdowała się pod zaborami. Będąc jeszcze na studiach we Lwowie, prowadził pracę niepodległościową, za co w roku 1963 uwięziony został przez Austriaków. Był sędzią i pierwszym prezesem sędziów polskich w Galicji. Gdy jako młody człowiek mieszkał i pracował w Przemyślu był jednym z założycieli sławnego do dzisiaj amatorskiego teatru dramatycznego "Fredreum". Napisał kilka sztuk scenicznych w formie wierszowanej, które były tam grywane. W różnych czasopismach ukazywały się jego wiersze, najczęściej pod pseudonimami np."Toja". Powstał też zbiorek jego poezji noszący tytuł "Polne kwiaty" Twój Dziadzio napisał też bardzo cenioną książkę, „Monografię  Miasta Przemyśla". Za zasługi dla tego miasta został ,,Honorowym Obywatelem Przemyśla".                                   
Ewusia pobiegła znowu do gabinetu, przyjrzała się jeszcze raz dokładnie czarnym przenikliwym oczom, regularnym rysom i długiej brodzie Dziadzia. Wydawało jej się przez chwilę, że oczy jakby złagodniały, a na kształtnych ustach pojawił się leciutki uśmiech. 

Babcia Hauserowa
Mamo, - spytała któregoś dnia Ewusia – dlaczego Danusia ma babcię, inne dzieci mają także dziadzia, a ja nie mam nikogo.
Dziadek Fuliński – odpowiedziała Mama – umarł, gdy wasz ojciec był całkiem młody. Babcia Julia z Widajewiczów Fulińska umarła jeszcze przed urodzeniem Jędrusia. Dziadzio Hauser, jak wiesz, osierocił mnie, jak miałam 18 lat, ale jedną babcię masz. Babcia Hauserowa, moja Mama, mieszka w Warszawie z ciocią Olgą Kuczyńską. Właśnie wkrótce wybieram się ją odwiedzić i zabiorę ciebie ze sobą.
- Chciałabym dowiedzieć się czegoś o Babci – poprosiła Ewa.
Wasza babcia Wanda – zaczęła swą opowieść mama – urodziła się w Niebieszczanach, dużym majątku ziemskim jako jedno z szesnaściorga dzieci rodziny Daukszów. Nazywała się więc Wanda Daukszanka. Gdy jej mama, moja babcia, a twoja prababcia zagrała na fortepianie mazura w wielkim salonie modrzewiowego dworu, stawało do tańca osiem par, ośmiu synów i osiem córek. We dworze był nauczyciel muzyki i dwie guwernantki, które nauczyły dzieci mówić równie dobrze jak po polsku, po francusku i niemiecku. Po śmierci mojej Babci, dziadek Dauksza sprzedał majątek, a rodzina rozjechała się po świecie. Część synów wyjechało do Ameryki i ślad po nich zaginął.
Twoja Babcia była uzdolniona do muzyki i grała pięknie na fortepianie, biorąc często udział w amatorskich koncertach. Na jednym z nich poznała przystojnego, czarnookiego Leopolda Hausera, zainteresowanego amatorską działalnością artystyczną. Pewnie spodobali się sobie na zasadzie kontrastu, gdyż Babcia była blondynką i miała niebieskie oczy. W mojej pamięci – powiedziała Mama – pozostało wspomnienie domu, w którym ciągle rozbrzmiewała muzyka Mozarta, Beethovena, a zwłaszcza Chopina, bo Babcia wiele godzin spędzała przy fortepianie.
Wzrok dziewczynki padł na widelec leżący na stole. Właśnie nauczyła się czytać litery i powiodła palcem po wyrytych na trzonku literach W.L.H. Mama uśmiechnęła się i powiedziała: To monogram i znaczy Wanda, Leopold Hauserowie. Spójrz tam! Na dzbanku porcelanowym z jaskółkami i niezapominajkami jest fantazyjnie wpisana litera W w literę H. To jest też monogram babci Wandy Hauserowej. Na obrusie w jadalni jest też wyszyte W. H. – zawołała dziewczynka.
 - A tu, popatrz Ewusiu! Przed urodzeniem swej najstarszej córki Marii, czyli cioci Mani, Babcia wyszyła takie trzy liżniki, które kładzie się na obrus. Mama rozłożyła długie serwetki z wyhaftowanymi wzorkami, kwiatkami, zwierzątkami i powiedziała: Przeczytam ci wyszyte na nich przysłowia staropolskie.
  ,, Witaj gościu pod tą strzechą, niech Cię darzy Bóg uciechą. Gdy w biesiedzie zasmakujesz gospodynię uradujesz."
  ,, Kogo za ten stół się sadzi, temu w domu wszyscy radzi"
  ,, Dla gospodarstwa radość to wielka, gdy się wypróżni misa i butelka"

Ciocia Mania
Wyszedłszy rano z sypialni Ewusia ze zdziwieniem poczuła, że pachnie wiosną. Bez? –pomyślała – przecież jest jeszcze zima. Zbiegła na dół po schodach do jadalni i wszystko się wyjaśniło. Przy stole siedziała niebiesko-oka ciocia Mania, której jedwabna suknia i jasne włosy pachniały perfumami. Dziewczynka od razu znalazła się w jej objęciach. Ciocia Mania przyjechała z Kołomyi, gdzie mąż jej, Karol Wiśniewski, był sędzią, a ona prowadziła szkołę rytmiki i uczyła gry na fortepianie i śpiewu.
Ciocia lubiła opowiadać zabawną historyjkę. Otóż, gdy Ewa miała dwa lata, dom był na wykończeniu i schodki pomiędzy górną, a dolną częścią mieszkania nie miały jeszcze poręczy. Mama więc, ze względu na bezpieczeństwo dziecka zgodziła się, aby ciocia Mania zabrała na jakiś czas dziewczynkę do Kołomyi. Właśnie św. Mikołaj wybierał się odwiedzać dzieci. Młody praktykant sądowy, tak zwany aplikant, wdział czerwony płaszcz i czapę z białym futerkiem, przyprawił sobie siwą brodę i przyszedł wręczyć Ewie prezenty oraz nakłonić ją do odmawiania modlitwy, gdyż robiła to bardzo niechętnie. Wszyscy domownicy, łącznie z grubym wujem Karolem, padli na kolana przed św. Mikołajem, a dowcipny aplikant powiedział: Spójrz Ewusiu, jaki św. Mikołaj jest potężny, módl się więc i bądź grzeczna, skoro nawet pan sędzia ukląkł przed aplikantem. Otrzymana wtedy szmaciana lalka z czerwonymi włosami, zwana ,,Moniką Pomidor", służyła dziewczynce długo, aż do wysypania się wszystkich trocin przez dziury, jakie się z czasem utworzyły.
Schodząc z kolan cioci Mani Ewa zauważyła, że na jej palcu błysnął złoty pierścionek identyczny z tym, jaki nosiła mama, w kształcie węzełka.
Ciocia Mania przywiozła ze sobą dwa pieski. Wybierała się do sanatorium i na jakiś czas chciała zostawić je w domu swojej siostry. Nerwowy czarny jamnik Pąk, nieprzyzwyczajony do dzieci, po kilku dniach ugryzł Ewę w łokieć, więc nie zyskał jej sympatii. Natomiast biały, wesoły kundelek Laluś, zaprzyjaźnił się z dziewczynką i stał się nieodłącznym towarzyszem jej zabaw.

Ciocia Ola
Ewa nie wiedziała nawet kiedy znalazła się w Warszawie. Pewnie jechało się nocą. Z dworca taksówka zawiozła mamę z córką do domu cioci Olgi Kuczyńskiej. Na dźwięk dzwonka u drzwi mieszkania na pierwszym piętrze wysokiej kamienicy, otworzyła zgrabna pokojówka w czarnej sukience i małym białym fartuszku. Zaprowadziła Mamę i Ewę do salonu. Za chwilę weszła elegancka pani, ciocia Ola. Duże czarne oczy Cioci spoglądały przenikliwie i nieco ostro spod silnie zarysowanych brwi. Wydawały się dziewczynce podobne do oczu dziadzia Hausera z portretu. Pocałowała się z Mamą, uściskała Ewę i zaprowadziła je do pokoju na końcu długiego korytarza. Na łóżku leżała siwiutka i bardzo wychudzona babcia Wanda Hauserowa. Pogładziła wnuczkę po głowie i uśmiechnęła się blado. Zaraz wyprowadzono Ewę z powrotem do salonu, a Mama została z Babcią.
Zasmucona dziewczynka rozglądała się po pokoju. Wszystko tu błyszczało: podłoga, meble w ciemno-wiśniowym kolorze, oszklona serwantka, w której stały kryształowe puchary, karafki, a także delikatne porcelanowe figurki. Jedną z nich, śliczną baletniczkę, dziewczynka miała ochotę dotknąć, ale całe otoczenie tego pokoju onieśmielało ją niezmiernie. Z wnętrza mieszkania nie dochodził najlżejszy szelest. Odsuwając firankę wyszła przez uchylone drzwi na balkon wąski, choć długi. Ulica wysadzana drzewami była spokojna, lecz z sąsiedniej dochodziło dzwonienie tramwajów i szum wielkiego miasta.
Na obiedzie prócz Mamy i Ewy byli inni goście. Jakiś sędzia i prokurator, kolega wujka, gdyż Władysław Kuczyński, mąż cioci Oli, był prokuratorem. Zgrabna panienka podawała wymyślne potrawy na pięknej zastawie stołowej. Ewie rozlał się barszcz na śnieżno-biały obrus. Pokojówka, wycierając plamę, spojrzała karcąco na dziewczynkę. Nawet na wspaniały tort, podany na końcu, nie miała już potem Ewa ochoty.
Na drugi dzień powrót do Lwowa. Na początku podróży dziewczynka dzieliła się z mamą  wrażeniami z pobytu w Warszawie. W pewnej chwili powiedziała:  Na portrecie, który wisi w salonie ciocia Ola jest bardzo ładna.Tak, potwierdziła Mama. Jako młodziutka dziewczyna była śliczna. Prawie na każdym balu, a bywała na nich często, zostawała ,,królową balu." Nie czuła się jednak nigdy szczęśliwa, gdyż choć wyszła bardzo młodo za mąż, nie miała dzieci. Jest takie mądre ludowe, ruskie przysłowie: - ,,Ne rodysia krasna, ałe szczasna" Znaczy to:-,,Nie przychodź na świat piękna, ale szczęśliwa", a więc uroda nie zawsze daje szczęście. Ale dlaczego ciocia na portrecie jest w jakimś dziwnym płaszczu, jakby żołnierskim? - spytała Ewa.
Moja siostra Ola, podobnie jak wasz Tato, brała udział w obronie Lwowa, co więcej zasłużyła się w znaczącej mierze w wojnie z bolszewikami. Będąc młodą kobietą przenosiła z narażeniem życia meldunki od jednego oddziału wojskowego do drugiego. Za to otrzymała odznaczenie wojskowe i działkę żołnierską na Polesiu.
- To jest tak, jak z naszą Kniażyną – zauważyła dziewczynka.
- Właśnie tak – potwierdziła Mama. Ciocia Ola spędza w Kosowie wiele czasu pomiędzy wiosną a jesienią doglądając swojego gospodarstwa, a także pracując społecznie na rzecz miejscowej ludności, Poleszuków. Założyła tam ochronkę dla dzieci i zorganizowała kursy szycia dla okolicznych dziewcząt.
 - Zauważyłam, że ciocia Ola ma taki sam pierścionek jak mama i ciocia Mania.
 - Po śmierci dziadzia Hausera, naszego ojca, ciocia Mania kazała przetopić jego złoty sygnet i zrobić trzy jednakowe pierścionki, które teraz nosimy.
Jadąc do Lwowa Ewa cały prawie czas stała przy oknie pociągu obserwując zmieniający się krajobraz, aż zmęczywszy się, zasnęła na ławce. Mama milczała i była bardzo smutna. Pewnie dlatego, że babcia była chora.
Za kilka tygodni przyszła wiadomość o śmierci babci Hauserowej i Mama znowu pojechała do Warszawy na pogrzeb, ale tym razem już bez Ewy.

W pracowni Nussbauma-Hilarowicza
Mamo! – zagadnęła któregoś dnia Ewa. Wiem już jak poznali się dziadzio Hauser z babcią Wandą, a jak spotkali się Mama z Tatem?
Po śmierci dziadzia Hausera – zaczęła swą opowieść mama – ukończyłam seminarium nauczycielskie i szkołę realną, która umożliwiła mi wstąpienie na wyższą uczelnię. W tych czasach niezwykle rzadko przyjmowano kobiety na studia. Zgłosiłam się więc jako tak zwana ,,wolna słuchaczka" na Wydział Przyrodniczy Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Studiowałam bardzo pilnie, więc po pewnym czasie zostałam przyjęta do pracowni wielkiego uczonego, Józefa Nusbauma-Hilarowicza. Tam pracowało grono wybitnych naukowców, jak Rudolf Weigl, późniejszy wynalazca szczepionki przeciw tyfusowi, jego żona Zofia, Hirschler, Grochmalicki, a także Benedykt Fuliński, wasz przyszły ojciec.
 - Jak będę chodzić do szkoły dostanę świadectwo, a czy Mama też otrzymywała świadectwa?
 - Tak, mam zaświadczenia zdania poszczególnych egzaminów i ukończenia ćwiczeń. Mogę ci je pokazać. Z oszklonej szafy, tej zawsze zamkniętej na klucz, wyciągnęła Mama plik papierów. Ewa umiała już trochę czytać, rozłożyła je na biurku i wodząc palcem sylabizowała na każdym świadectwie: celują – co.

Rozmowa w ogrodzie
Była wiosna w pełni. Tato po południu rzadko szedł z powrotem na politechnikę, lecz sadził, przesadzał, plewił i grabił ścieżki w ogrodzie.
Kopanie i ciężkie prace wykonywał przeważnie Jacek. Ewa lubiła towarzyszyć ojcu pomagając mu jak umiała.
W pewne ciepłe popołudnie zagadnęła: - Jutro idę z Mamą do szkoły, żeby zapisać się do pierwszej klasy. Czy Tato chodził do szkoły we Lwowie?
 - Nie Ewusiu, ja chodziłem do szkoły w Stanisławowie. Mam nadzieję, że będziesz grzeczniejsza ode mnie, bo muszę ci się przyznać, że byłem wielkim urwipołciem. Dostałem nawet kiedyś niedostatecznie ze sprawowania.
 - Dlaczego? – spytała dziewczynka.
Gdy miałem 10 lat namówiłem trzech kolegów do zbudowania tratwy, aby popłynąć na niej rzeką Bystrzycą do Dniestru, a potem w dół rzeki do Zaleszczyk. Chodząc na wagary, zbudowaliśmy tratwę i popłynęliśmy Bystrzycą. Nie dotarliśmy do Dniestru, gdyż tratwa się rozleciała, a my cudem uniknąwszy utopienia, wylądowaliśmy na brzegu. Nie zraziło nas to wcale i zaczęliśmy naprawiać nasz wehikuł, aby popłynąć dalej. Zjawili się jednak żandarmi austriaccy i odprowadzili nas na posterunek. Wkrótce dostarczeni zostaliśmy do domów. Dostałem wtedy wielkie lanie, a w szkole niedostatecznie ze sprawowania. Lecz pragnienie poznawania nieznanych miejsc i oglądania pięknych krajobrazów pozostało mi do dzisiaj. Dopiero teraz z wami mogłem zrealizować moje marzenie spływu Dniestrem do Zaleszczyk. Czy pamiętasz wakacje?
 - O tak – powiedziała Ewa. Bardzo dobrze pamiętam naszą wycieczkę kajakową.
Szkoła
Tego dnia Mama kazała ubrać się Ewie w nową, granatową spódniczkę, białą bluzeczkę i zaprowadziła ją do szkoły, aby zapisać dziewczynkę do pierwszej klasy. Wychodząc z domu przykazała zapamiętać sobie dobrze drogę. Aniela będzie cię z początku odprowadzać, ale potem musisz chodzić sama – powiedziała. Szło się kawałek ulicą Tarnowskiego, potem boczną krótką uliczką na ulicę Krasińskiego, aż wreszcie ulicą Stelmacha. Schodziła ona w dół, stokiem Górki Jacka. W górnej części nie było przy niej żadnych domów oprócz szkoły św. Zofii. Był to ładny dwupiętrowy budynek. Właśnie skończyła się przerwa i dzieci wracały z boiska do klas. Z daleka szkoła wyglądała jak dwa przytulone do siebie ule. Do jednego otworu, wielkich, zaokrąglonych u góry drzwi wbiegały dziewczynki, do drugich obok, chłopcy. Między nimi przemknęła mała sylwetka Wojtusia.
Gruby, wąsaty woźny w granatowym mundurze i granatowej rogatywce na głowie zaprowadził Mamę z córką do kancelarii. Pani dyrektorka uprzejmie wskazała Mamie fotel, a dziewczynka stanęła z bijącym sercem przy biurku.
 - Jak się nazywasz? – spytała pani.
 - Ewa Fulińska.
 - Kiedy urodziłaś się i gdzie?
 - 4 marca 1925 roku we Lwowie.
 - A imię twojego ojca?
 - Benedykt.
 - Gdzie pracuje?
 - Jest profesorem politechniki.
 - Wiesz może także na jakim wydziale?
 - Wiem, na wydziale rolniczo- lasowym.
 - A powiesz mi jeszcze jak ma na imię twoja mama?
 - Stefania.
 - Znasz panieńskie nazwisko mamy?
 - Hauserówna.
 - Umiesz podać swój adres?
 - Tak, Lwów, ulica Tarnowskiego 82.
 - Trafisz sama do szkoły, a potem do domu?
 - Nauczę się.
 - To doskonale – powiedziała pani dyrektorka. Po wakacjach przyjdziesz do pierwszej klasy.

Sławsko
Te wakacje spędzała rodzina najpierw w Sławsku, a potem na Kniażynie. Do Sławska jechało się pociągiem niedługo. Była to górska miejscowość w Karpatach Wschodnich. Domem letniskowym stała się wynajęta od chłopów drewniana chata. W wielkiej izbie, trochę ciemnej, bo dwa małe okienka niewiele światła wpuszczały do środka, stał wąski stół drewniany, dwie ławy, a pod ścianą jedna długa prycza z siedmioma siennikami wypełnionymi słomą. Nad pryczą, wzdłuż całej ściany, wisiały poczerniałe od starości ,,święte obrazy". W niedzielny wieczór, dwie dorastające córki gospodarzy pięknie wystrojone w wyszywane koszule, wyszywane fartuszki i białe, ozdobione naszytymi kolorowymi kwiatkami kożuszki-serdaki, siadały na stosie belek i ślicznie śpiewały na dwa głosy. Były to dumki ukraińskie, bardzo podobne do tych, jakie Ewa słyszała nad Dniestrem. W upalne dni kąpano się w Oporze. Opór, górska rzeka pieniąca się po skalnych progach, w jednym miejscu miała głęboką i szeroką dziurę w dnie umożliwiającą pływanie.
Pewnego słonecznego popołudnia Tato powiedział wskazując na widoczny z daleka krzyż: - Pójdziemy dziś tam, na ,,naszą górę"
 - To my mamy własną górę? – zdziwiła się Ewa
 - No, nie całą – odparł Tato, tylko część lasu i właśnie to miejsce przy krzyżu.
Wznosił się on na wypłaszczeniu góry, ponad drogą wiodącą ze Sławska do Różanki. Z miejsca tego roztaczał się piękny widok. Góry ciągnęły się aż do zatarcia konturów w oddali. Na dole wił się srebrzyście-niebieski Opór, widoczne były chaty góralskie, cerkiewka i wille oraz pensjonaty służące wczasowiczom latem i zimą.
 - Jakie tu wspaniałe tereny narciarskie! – zachwycał się Stefan. Ten wysoki szczyt to pewnie Trościan?
 - Tak, rzekł Tato, najwyższy szczyt w tej okolicy. Chłopcy mogą pójść jutro na całodzienną wycieczkę, aby go zdobyć, a ja z Mamą i Ewusią zrobimy spacer tą drogą nad Oporem w kierunku Różanki. A teraz pokażę wam rysunki i plany domu, który w tym miejscu wybudujemy.
 - Czy to będzie murowana willa, może z czerwoną dachówką, jak te na dole? – spytał Wojtek.
 - O nie! Będzie to dom zbudowany z okrąglaków, czyli nieociosanych belek. Będzie miał dach z drewnianych gontów, a dookoła werandę, taką jaką znacie z chaty, w której teraz mieszkamy.
 - Co! To będzie chłopska chałupa? – zawołał z oburzeniem Wojtek.
 - O nie! – odparł tato. Będzie to tylko dom w stylu miejscowych górali – Bojków. Do obszernych pokoi z kominkami, duże okna będą wpuszczały wiele światła.
 - A co stanie się z krzyżem? – zapytała Ewa.
 - Pozostanie na tym samym miejscu. Będzie stał w obrębie ogrodu.
Tato i Jacek usiedli na stoku góry rozkładając rysunki i plany domu. Jacek pomagał w projekcie, wybierał się bowiem po maturze na architekturę. Wszyscy nachylili się nad rysunkami, tylko Wojtuś skrzywił buzię i nie chcąc nawet spojrzeć, odszedł na bok z obrażoną miną.
Po latach Tato wybudował ten uroczy dom, lecz rodzina nigdy w nim nie zamieszkała. Okazał się bowiem znacznie droższy, niż byłaby wymarzona willa Wojtusia i trzeba było go sprzedać.
Wiele wakacji spędzono jeszcze w Sławsku i oglądanie domu stało się częstym celem spacerów. Uznany był powszechnie za stylowy i piękny, więc nawet Wojtkowi zaczął się z czasem podobać.
Po wakacjach Ewa rozpoczęła naukę w szkole. W ciszy, jaka panowała rano w opustoszałym domu, czekał na nią w pudełeczku pod schodkami wierny, plastelinowy krasnoludek.


Dom w Sławsku. Rysował Jacek Fuliński
Stary Bernardyn
Po wakacjach w Sławsku i na Kniażynie nastąpiły w domu znaczne zmiany. Jędrek rozpoczął studia na wydziale chemicznym Politechniki Lwowskiej. Wojtek, po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej, wstąpił do Pierwszego Gimnazjum im. M. Kopernika, w którym już tradycyjnie kształcili się wszyscy chłopcy rodziny Fulińskich. Dla Ewy skończyła się także "złota wolność". Trzeba było rano wstawać i maszerować do szkoły.
W pierwszym roku nauki najprzyjemniejsza była lekcja religii. Stary dobroduszny Bernardyn, w przepaścistych kieszeniach swojej brunatnej sutanny nosił zawsze dla dzieci cukierki. Przyszedłszy do klasy rysował na tablicy mapę Ziemi Świętej, rzekę Jordan, jezioro Genezaret, Morze Czerwone, Egipt, Nil. Potem, zakasawszy sutannę, siadał na blacie pierwszej ławki trzymając nogi na jej siedzeniu. Dziewczynki podparłszy buzie rączkami, wpatrzone w błyszczącą łysinę i olbrzymie nosidło grubego zakonnika, słuchały z zapartym tchem, jak głębokim basem snuł opowieści biblijne. Przed oczyma wyobraźni wyczarowywał leniwie płynący Nil z brzegiem porośniętym papirusami. Wśród trzcin leżał w płytkiej wodzie koszyczek z maleńkim Mojżeszem. Piękna księżniczka otoczona smukłymi niewolnicami pochylała się nad dzieciątkiem. To znów niewielka postać przy olbrzymiej kolumnie pokrytej egipskimi hieroglifami stoi u stóp wysokiego tronu faraona. To mądry Józef sprzedany nikczemnie przez swoich braci w niewolę tłumaczy potężnemu władcy sen o siedmiu krowach tłustych i siedmiu chudych. Albo upalna noc palestyńska. Księżyc, gwiazdy i cisza, w której słychać tylko cykanie cykad. Wtem ciszę zakłóca stukanie kopyt osiołka o kamienisty grunt. To Matka Boska zdąża z Nazaretu do Betlejem. Opierając się na pasterskim kiju prowadzi osiołka św. Józef.
Stary Bernardynie! Mała uczennica ze szkoły św. Zofii we Lwowie nie przypuszczała, że po wielu, wielu latach, spoglądając na lśniącą taflę jeziora Genezaret i spacerując brzegiem rzeki Jordan, przypomni sobie mapę rysowaną kredą na tablicy i Twoje czarowne opowieści biblijne.

5 komentarzy:

  1. Witaj, bardzo zainteresował mnie wątek babci Hauserowej. Najprawdopodobniej była siostrą mojego pra-dziadka Bolesława Daukszy. Właśnie analizujemy wydarzenia opisane przez Ciebie i mam cichą nadzieję, że może odnajdę utracone wątki przeszłości. Na moim blogu są zdjęcia mojej Babci Janki- córki Bolesława Daukszy.
    Serdecznie pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam.Z dużą ciekawością,przeczytałem informacje o Woli Wilsona ,Kniażynie gdyż w 1933 urodziła się tam moja mama.Dziadek był ułanem i też dostał kawałek ziemi na Wołyniu.Mieszkał na działce nr 49.Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam. Z ogromną ciekawością przecztałam informacje o Kniażynie, Woli Wilsona a z jeszcze większą radością odnalazłam w Pani relacji wzmianki o Dubielach. Poprzez małżeństwo stałam się członkiem tej rodziny. Mieszkam w w tej samej miejscowości co syn Henia Dubiela. Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam - pragnę kontakt w sprawie rodziny Brodowiczów z Woli Wilsona / Kniażyna. Proszę o maila do Stefan.Wisniowski@Kresy-Siberia.org lub zadzwonić na +41 22 211 88 88.

    OdpowiedzUsuń